środa, 26 sierpnia 2015

Rozmowa 5: Dziękuję

Pierwsze promienie słońca przyniosły tylko ból. Omnos Xin leniwie otworzył oczy i spróbował sobie przypomnieć, co w nocy zaszło między nim a resztą świata.
No tak… – pomyślał, a jego oblicze odruchowo pojaśniało. – Korzenne piwo i equis, wszystko podarowane przez matkę.
Kiedy właściwie zapadł zmrok? Sądząc po położeniu słońca na niebie, dawno temu. Omnosowi natomiast zdawało się, że minęła zaledwie chwila, króciutka jak trzask płomienia w ognisku i ulotna niczym spojrzenie wielobarwnego motyla.
Chłopak z trudem podniósł się z dziurawej maty, na której sypiał (najczęściej, niestety, sam). Wraz z nim wstała wesoła myśl, że służba w wieży Fu – tej najbardziej wysuniętej na zachód od centrum miasta – w ogóle nie przypomina rzeczywistości Fugli z pozostałych wież, zwłaszcza z VON. Kto by im, strażnikom Fu, kazał zrywać się o świcie, tylko po to, by zmienić wartę? Inaczej – kto by im kazał na warcie stać?
Jednak Omnos był inny. Miał misję.
Przetarł oczy, licząc, że dzięki temu dostrzeże więcej. Reszta Fugli nadal spała. Niektórym ptaszynom wystarczyło ich własne ciepło, inne korzystały z cudzego. Choć wojacy nie mogli narzekać na brak pieniędzy, do zabawy zapraszali tylko najtańsze kurwy. Mówili o nich „suki z rodowodem”.
Główną zaletą tej rasy była oczywiście rozwiązłość, jednak nie taka znowu zwyczajna – naturalna i niewymuszona, niemalże czysta i niebacząca na pieniądze. Dla Fugli stojących niemal na szczycie społecznej drabiny było to zatem coś w rodzaju absolutu, którego zaznać mogą tylko przedstawiciele dna. A także niesamowita oszczędność, dzięki której mogli kupić więcej środków umilających dokonywanie płatności. Matka Omnosa bowiem bardzo wysoko ceniła swoje korzenne piwo i equis.
Młody Fugel zbliżył się do okna. Dzięki temu, że ktoś kiedyś po pijaku wybił szybę, mógł poczuć na twarzy najprawdziwszy w świecie powiew wiatru o słodkawym, jakby kwiatowym zapachu. Tak bardzo chalcedońskim…
Ciepły… – rozczulił się chłopak w duchu, raz jeszcze wypełnił płuca tą wonią i się przeciągnął.
Strzyknęły kości, a Omnosowi przeszło przez myśl, że zapewne właśnie tak ptasie kości reagują na rozmaite sygnały nakazujące wzlatywać. Ludzie z reguły marzyli o tym, by być jak ptaki, wznosić się w powietrze. Wyżej, wyżej i wyżej, by huk upadku był jak najgłośniejszy. Jednak Fuglom ta sztuka udała się już dawno i nikt nie widział potrzeby, by umacniać to marzenie kolejną warstwą betonu. Poza tym, chalcedońskie podziemie było o wiele ciekawsze.
Szczyty i górne połowy wież FUDOGE nadal należały do Fugli podlegających Trostowi. Całą resztę opanowali ludzie Jokera. I o ile ci drudzy grzecznie pilnowali swego terytorium, o tyle pierwsi pili na umór, by w swoich przenośnych fabryczkach wyprodukować jak najwięcej cuchnącego moczu, dzięki któremu mogliby oznaczyć tamten teren. Fuglowa wiara w to, że cieniutka granica na mapie jest gwarancją bezpieczeństwa, była tak naiwna… Niemal słodka i dziecinna. Cóż… Widocznie Joker lubił dzieci, skoro w wieżach z reguły wrzało tylko wtedy, gdy Trost zażyczył sobie kolejnej wyprawy do Sorcasu.
Jednak było coś, co i Jokera drażniło – VON. Tej wieży nigdy nie zdobył.
Omnos Xin także produkował mocz, ale nie dla wyznaczania granic, tylko dla przekraczania własnych. Jednak im więcej opróżnionych dzbanów za sobą pozostawiał, tym wyraźniej dostrzegał, że skutek jest odwrotny do zamierzonego, gdyż traci sny. Te piękne sny o braku kolejnych wypraw w dół wież, o spokojnym oddechu i błogim roztargnieniu… O ślicznej dziewczynie u boku i kawałku ziemi, namiastce kota lub psa… Zresztą! Nieważne czego, byle istniało.
Ale tak, jak było, też nie było źle. Było nawet dobrze.
Tylko matka wolała inaczej.
Omnos oparł się o parapet i popatrzył na Chalcedon. Setki maleńkich chatek o słomianych dachach i liny łączące wieże zdawały się zerkać na siebie, wymieniając przy tym złowieszcze szepty w języku poranka. Zupełnie jakby ustalały, czyje mury dzisiaj upadają szybciej…
Po raz pierwszy od dawna wszyscy mieli tyle samo do stracenia – i wąskie uliczki, i cztery wieże, i niskie chatki. Nawet ludzie porażeni pięknym okrucieństwem ostatniej nocy. Tej pozbawionej księżyca.
Ciekawe, czy z matką wszystko w porządku… – pomyślał Omnos. Przecież dobrze wiedział, że tak. Ta kobieta umiała sobie radzić jak nikt. Inaczej by go nie wychowała.
Omnos już miał wracać w głąb pomieszczenia, gdy wtem z mgły osnuwającej najwyższe piętra budynków wyłonił się bialutki gołąb o oczach jak rubiny. Jedno skrzydło miał nadpalone – widocznie po drodze napotkał pochodnię. Gdy przysiadł na parapecie, Omnos spostrzegł, że jedno oko jest nawet bardziej rubinowe niż drugie, bo ptak dopiero co je stracił. Zupełnie jakby…
– Walczyłeś? – zapytał Omnos miękkim, czułym głosem i jednym palcem pogłaskał maleńki łebek gołębia. – Biedaku ty, aż tak się przejmujesz swoją misją? Ale jesteś dzielny. Dzielniejszy niż ja, wiesz? Bo ja to potrafię tylko tchó…
– Omnos, ty zawszona, mendowata kupo gówna, zamknij się i śpij, póki spokój! – warknął z głębi pomieszczenia któryś z nadal pijanych Fugli. Zapewne Waader, bo to na jego ramieniu jakaś dziwka poruszyła się niespokojnie i mruknęła coś pod nosem.
Omnos spojrzał na gołębia i nieco się zasmucił. Bardzo lubił rozmawiać ze zwierzętami. Cóż… On lubił mówić, a prócz nich nikt nie chciał go słuchać.
Ale potem Omnos sobie przypomniał.
Specjalna hodowla, albinosy.
Posłał ptakowi przepraszający uśmiech, raz jeszcze pogładził po łebku i skręcił mu kark. A wszystko to przy gęstej mgle i zaledwie jednym trzasku.
Chłopak wyjął z dzioba denata zrolowaną karteczkę owiniętą dla bezpieczeństwa dratwą. Potem zrzucił gołębia na ziemię. Nie patrzył, jak bruk wita świeżą krew, jakby mówił jej czule, że jest nawet lepsza od deszczu. Wtedy już czytał.
Jego oddech nieco przyspieszył, a źrenice rozszerzyły się do rozmiarów ziaren pieprzu. Gdy treść wzburzyła krew, a rzęsy przyprawiła o zachłanny trzepot, Omnos wyjął z kieszeni swój szczęśliwy kamień, rodonit, i przyłożył go do kartki. Ledwie zapłonęła, zrzucił ją na bruk, by móc nasycić się widokiem wiecznego ognia, który z łatwością pokonuje opór powietrza i zamienia gołębia w kupkę cuchnącego popiołu.
– Ile jesteś w stanie dla niego zrobić, matko? – szepnął chłopak pod nosem. Tego jednak ani Waader, ani nikt inny usłyszeć nie zdołał. Kto wie – może nawet sam Omnos?
Wiadomo jednak, że młody Fugel mocniej zacisnął dłoń na swoim kamieniu i skoczył z okna, jednak nim opadł do połowy wysokości wieży, wzbił się w powietrze i zniknął we mgle. A jakby tego było mało, ilekroć zadawał tamto pytanie – nadal sam przed sobą, rzecz jasna – towarzyszyło mu pewne klujące uczucie. Zimne jak nowe ostrze i bolesne niczym gangrena. A na imię miało zazdrość.





Beren szedł zupełnie pustą ulicą, nucąc pod nosem zbereźną piosenkę, jaką usłyszał w gospodzie. Udał się do niej prosto od Wandy, żeby spić się w najlepsze i zaznać ciepła jakiegoś wątłego ciała. Wilczyca nie okazała się jednak tak dobra, jak by sobie tego życzył.
Zrobiwszy jeszcze kilka kroków, zdał sobie sprawę z tego, że ulica również nie jest aż tak pusta, jak by sobie tego życzył. Z małej chatynki pomalowanej na bordowo (jedynej takiej w Chalcedonie) wyłoniła się bowiem niska kobietka dzierżąca w dłoniach dwa kosze wypełnione po brzegi świeżym pieczywem.
Nie widziała, jak Beren przystaje, by się jej przyjrzeć. By omieść spojrzeniem ładnie upięte, choć niezbyt długie, włosy. I przejrzeć krągłość bioder oraz ślicznie zarysowaną talię, a brzoskwiniowe, małe usta kształtem przypominające serce w duchu pochwalić. W końcu utkwić w oczach – dużych, brązowych i lśniących. Tak ślepych, tak przejrzystych, a jednocześnie magicznych… I łagodnych.
Udała się Mintzowi córka – przyznał w duchu Beren. – Jak nie dwie. Albo pięć.
Gdy dziewczyna podniosła wzrok, Beren stał już naprzeciw niej i prezentował rząd równych, białych zębów.
– Dzień dobry, Neni! – przywitał się radośnie, gdy uznał, że pięć minut uzębienia dobiegło końca.
Dziewczyna w odpowiedzi posłała mu chłodne spojrzenie. Jak nie dwa. Albo pięć.
– Co to za minka, kochanie? – zasmucił się Beren sztucznie i pogładził ją po policzku. Odskoczyła jak oparzona, a Szary Wilk, westchnąwszy ciężko, dodał: – Nie złość się, Neni, tylko powiedz, jak ci się wiedzie.
– Nie najgorzej – odparła i skinęła głową, by wskazać kosze. – Jak widać, ja chleb kupuję, a ty kradniesz.
Beren roześmiał się głośno i zastąpił jej drogę, gdy tylko spróbowała go wyminąć.
– A jak tam twoja siostra? – zagadnął jeszcze.
– Wspaniale! Dzisiaj w nocy Białe Wilki urządziły sobie gospodę w pobliżu jej domu. Też się przyłączyłeś do zabawy?
Beren przygryzł prawy kącik ust, przymknął oczy i pokręcił głową. Zawsze tak okazywał politowanie. Potem wskazał na wilka naszytego na rękawie kurtki i rzekł:
– Szary.
– Białe czy Szare… A co za różnica?
Beren drgnął, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał.
– Chwileczkę… To znaczy, że Białe Wilki wydostały się za miasto?
– Jak to: poza miasto? – zdziwiła się Neni i przestąpiła na drugą nogę.
– No przecież im nawet srać nie wolno inaczej, niż tak, jak każe im Trost. A skoro urządzili sobie gospodę w pobliżu domu twojej siostry…
– Od kiedy Beate i Silvester mieszkają poza Chalcedonem?
– Beate? Aaa, Beate… – jęknął Beren i przeczesał palcami tłustawe włosy. – Tylko że mnie chodziło o twoją dru…
– Beate, Beate – przerwała mu Neni. – Dwa tygodnie temu urodziła dziecko. Czwarte. A Silvester z tej radości przepił wszystkie oszczędności. Wiesz, co to oznacza? – rzuciła na koniec i wlepiła w niego wyczekujące spojrzenie.
Beren zmrużył oczy. On, Beate, Silvester. I dziecko.
Odruchowo odliczył miesiące, a potem zaśmiał się w duchu: „Podobno nie ma rzeczy niemożliwych…”.
Wiesz, co to oznacza?
Chyba wiedział. Więc powiedział:
– Że Białe Wilki opijały nowego mieszkańca?
Neni posłała mu miażdżące spojrzenie i raz jeszcze ruszyła się z miejsca. Chyba tylko po to, by dać Berenowi kolejny powód do zrobienia tego samego.
– Zaczekaj, Neni. – Mężczyzna pogrzebał silną dłonią w kieszeni.
– Muszę wracać – odparła, nie kryjąc irytacji. – Na mnie czekają.
A na ciebie nie.
Beren w końcu wyciągnął w jej stronę dłoń, pośrodku której leżały dwie pięćdziesięciochalcówki, a zatem… Całe pół pokisa!
Neni wbiła w niego podłe spojrzenie. Oburzenie niemal wypiło brąz z jej oczu i zastąpiło go najprawdziwszym jadem. Mintzówna chciała coś powiedzieć, ale Szary Wilk ją wyprzedził:
– To nie dla ciebie, kobieto! Podejrzewam, że idziesz jeszcze po masło do Victorii. Więc po drodze możesz wstąpić do Lauów i dać to Rui. Podejrzewam, że ta pokolorowana gnida już tam jest, więc możesz ją ode mnie pozdrowić. A Rui powiedz, że jak tylko pojawi się księżyc, to wataha wujcia Berena zawyje na jej cześć, bo bardzo grzeczna z niej dziewczynka.
– Rui tego nie przyjmie – warknęła Neni, nie odrywając od niego oczu. Jej spojrzenie starało się zacisnąć żelazne palce na szyi Berena, a jego to… łaskotało.
– Przekonajmy się – odparł Szary Wilk, uśmiechając się krzywo.
– A ta druga?
– Co: druga?
– Moneta. Pięćdziesiąt chalców wystarczy dziewczynkom na dwa-trzy tygodnie. Nie wierzę, że płacisz aż pół pokisa za swoje zadowolenie.
– Za prawdziwe zadowolenie płacę w innej walucie, a to nie dla dzieci – odparł Beren, tłumiąc zalotny błysk, który cisnął mu się do oczu. – A co do drugiej monety… To jeszcze może być twoja, skoro tak bardzo nie chcesz jej nikomu oddać! – rzucił i sięgnął do jednego z koszy. Wyjął z niego pachnący, lekko przypieczony bochenek. Drugą rękę wsunął do tylnej kieszeni spódnicy Neni i umieścił w niej pieniądze.
– Oddawaj to! – wrzasnęła Neni i podskoczyła, aby odebrać mu chleb.
W tej samej chwili Beren uniósł bochenek najwyżej, jak umiał, i kątem oka dostrzegł postać nadchodzącą z naprzeciwka. Rozpoznał w niej Omnosa – chudego, ledwie dwudziestoletniego syna karczmarki, do której Szary Wilk się właśnie wybierał. Chłopak miał gęste, czerwowonawe włosy sterczące na wszystkie strony. Oczy splamiła mu heterochromia – prawe było brązowe, a lewe zielone. Na głowie zamiast hełmu lub niczego (co znaczyło w zasadzie tyle samo, co fuglowy hełm) nosił wielkie, czarne gogle – ostatek marzeń o życiu gdzieś ponad tym ponad, na które w Chalcedonie mówiło się niebo.
– Baran! – wrzasnęła Neni, gdy zrozumiała, że z Berenem nie wygra, a potem szybko ruszyła przed siebie.
Beren czy baran… A co za różnica?
– Do ciebie też wysłali gołębia? – zapytał Omnos. Chyba zbyt głośno, bo Beren odłamał kawał chleba i wcisnął mu go do ust, mówiąc:
– Masz. Będziesz miał do rosołu, o ile znowu nie wyrzuciłeś gołębia przez okno.
Zdziwione spojrzenie chłopaka jasno dało do zrozumienia, że Omnos albo nie uczy się na błędach, albo nie umie sobie radzić. Beren przewrócił oczami i ruszył przed siebie, pociągnąwszy Xina za ucho.
– Chodź, ptaszynko. Twoja matka ma dla nas mięsko.
Omnos posłusznie ruszył za nim. Skręcili w prawo, a potem poszli wzdłuż ulicy Krętej wysadzanej gruzami, jabłoniami i jabłoniami pod gruzami. Na jej końcu, wśród sosen wysokich na dziewięćdziesiąt parę stóp, stała drewniana, bliska śmierci karczma należąca do Sevryny Xin – najbrzydszej karczmarki w okolicy. A może i na świecie.
Gdy Omnos już zniknął w środku, a Beren stał jeszcze na dziurawych schodach, powietrze wypełnił tętent kopyt, który wkrótce przerodził się w odgłos miażdżenia żwiru, jakim wysypano ścieżkę przecinającą ostatek ulicy Krętej. Szary Wilk się obejrzał. Szybko musiał przymknąć oczy, gdyż ciemne kosmyki długich włosów zostały zagnane przez wiatr w niewłaściwą stronę.
Właściciel rumaka czarnego jak noc w geście powitania uchylił granatowego kapelusza i posłał Berenowi triumfujący uśmiech. Potem spiął konia jeszcze mocniej, rozpoczynając tym samym szalenie szaleńczy galop. Przycisnął do siebie kobietę, której momentalnie zaszkliły się oczy. Kto wie… Może bała się koni?
Pognali w stronę Volli – maleńkiej wioseczki leżącej na zachód od Chalcedonu, dokładnie w połowie drogi dzielącej miasto od kopalni w Virče.
– Przynajmniej chleb będzie świeży… – mruknął Beren pod nosem i się uśmiechnął, a Omnos posłał mu zdziwione spojrzenie.
Szary Wilk machnął ręką i zamknął za sobą drzwi, a Sevryna wskazała na dziewczynę leżącą na pryczy i z dumą oświadczyła:
– To ona.
Szary Wilk niespokojnie poruszył końcem nosa i dla świętego spokoju wycedził:
– Mhm.
W powietrzu czuć było zapach Feiery. A więc Sevryna odurzyła dziewczynę, a ta zasnęła. Błogo i na długo. Mają dużo czasu, donikąd nie muszą się śpieszyć… Być może. 
Beren, przyklęknąwszy, ujął brodę dziewczyny w dwa palce. 
Pożałował, że dał Neni tylko pół pokisa. Możliwe, że Rui Lau wskazała im nie tylko Euphemię West, ale też kogoś znacznie cenniejszego.
– Zabierajmy się stąd, póki jeszcze kłopoty nie znalazły ucha – dodał Beren na koniec i wrzucił chleb do wiklinowego kosza wypełnionego resztkami ze stołów. Wilki wolą mięso.





Wewnątrz panował półmrok. W kominku tlił się jeszcze lichy ogień, na stole paliły się świece, świeciła lampa. Pachniało ostatecznością, wanilią i piżmem. Jedyne okno (na dodatek od zewnątrz zabite deskami) zasłonięto grubymi zielonymi zasłonami, które zimą zmieniano na karmazynowe, a latem na wrzosowe lub morskie. Jednak tej ciepłej jesieni, jaką podarował im rok XY14, tradycji stało się zadość.
Ruthon z wahaniem przekroczył próg. Choć szedł niemal bezszelestnie, nie mógł się pozbyć wrażenia, że jego kroki burzą ściany i powodują potężny łoskot. Taki, jaki ma towarzyszyć końcowi świata. Albo taki, jaki towarzyszy światu bez końca.
To uczucie prześladowało go, odkąd zaczął tu przychodzić. Jako kurier. Kurier śmierci. Czy to prawda? Nie wiedział na pewno, ale bardzo możliwe, skoro ten czas wystarczył, by zawsze okrąglutki Ruthon stracił kilkadziesiąt funtów, a każdą swoją wizytę w spiżarni zaczął przypłacać godzinami wylewania z siebie co brudniejszych ustrojstw.
Pamiętał, jak skończył poprzedni kurier, Vål. Chłopak po cichu przedostał się do spiżarni i zjadł jedną z trzech ostatnich tabliczek białej czekolady Fazer*. Fabryka tej czekolady od pokoleń należała do rodziny Våla. Chłopak bardzo tęsknił za ojcem, matką, braćmi i siostrą, nawet psem. Mimo że się go wyparli. Tęsknota jest bowiem do bólu ludzka.
Choć Ruthon nie dałby głowy, przypuszczał, że Vål wszedł do spiżarni w piątek przed obiadem. Nie widziano go aż do poniedziałku, kiedy to jeden z magazynierów nakazał wszystkim Cyrkowcom zajrzeć do środka.
Półki z konserwami, konfiturami i wekami zastąpiono równo poukładanymi tabliczkami białej czekolady Fazer, a wspaniałe girlandy czosnku zamieniono na serpentyny jelit należących najpewniej do Våla.
– Smacznego – rzucił oschle magazynier i wyszedł, a wszyscy jak na komendę zaczęli wymiotować.
Fotel stojący naprzeciw okna wydał z siebie głośne skrzypnięcie, które wyrwało Ruthona ze szponów wspomnień przyprawiających o kolejne mdłości. Chłopak przeszedł jeszcze kilka kroków, przyglądając się swemu odbiciu widocznemu w idealnie czystych meblach. Zapadnięte policzki, pociemniałe oczy, przerzedzone włosy… Kiedy tak się zmienił?
Boże… – pomyślał i wtem przypomniał sobie, że Bóg uciekł. Przed Jokerem.
Mężczyzna siedzący w fotelu zatrzasnął książkę. Zapewne zbyt mądrą, by Ruthon mógł z niej cokolwiek zrozumieć.
Chłopak zawahał się, jednak zrobił kolejny krok naprzód.
Fotel skrzypnął, Ruthon zamarł.
Mężczyzna patrzył wprost na niego.
Palce kuriera zesztywniały. Nie – cały zesztywniał. Serce zaczęło mu walić, żołądek skręcił się w ósemkę. W oczach pociemniało, szum krwi wypełnił uszy.
Mężczyzna nadal patrzył wprost na niego. Jego oczy jaśniały i przenikały chłopaka na wskroś niczym żelazne palce wygrzebujące diamenty ze skał.
Smacznego.
– Witaj, Ruthonie – odezwał się mężczyzna głosem tak ciepłym, że nawet ogień w kominku się zawstydził.
Ruthon przyklęknął i opuścił głowę, a potem drżącym głosem zapytał:
– W-wzywałeś mnie, panie?
Mężczyzna założył za ucho niesforny, prawie biały kosmyk, a potem odłożył zdecydowanie zbyt mądrą książkę obok tabliczki białej czekolady Fazer.
– Tak, Ruthonie, wzywałem.
Na ustach mężczyzny zastygł szczery uśmiech. Ten widok sprawił, że serce chłopaka znów zabiło mocniej. Zaczął się zastanawiać, czy jego pan naprawdę jest taki, jak mówią, chociaż dobrze wiedział, jaka jest prawda.
Mężczyzna wstał.
Wysoki… – pomyślał Ruthon. Pierwszy raz widział, jak jego pan wstaje.
Wysoki, chudy, białowłosy. Ale młody. Najwyżej trzydzieści lat. Jasne, wesołe oczy, wokół których czas wymalował zabawne zmarszczki. Wąskie usta i miły uśmiech, zadarty nos. Porcelanowa, anemiczna cera, długie palce stworzone do trzymania brzytwy, skalpela lub noża.
Skalpel…? Do rozcinania skóry. I jelit. I jeszcze więcej jelit.
Ruthon już miał mdłości.
– Byłeś kiedyś nad morzem, Ruthonie, prawda?
Chłopak kiwnął głową. Zrobił to tak odruchowo, że zapomniał, jak bardzo odbiega od prawdy.
Jego pan się uśmiechnął i zaczął:
– Ja także byłem nad morzem. Całkiem niedawno. Usiadłem na plaży i zacząłem się zastanawiać, jak to jest z tym ludzkim losem. Wiesz… Ja wierzę, że jeśli chcemy, by coś się stało, to się stanie, tylko musimy za to pięknie podziękować. Wtedy chciałem, żeby trzy fale z rzędu dotknęły moich łydek. I wiesz co?
Ruthon przełknął ślinę.
– Bardzo tego chciałem, ale one nie mogły mnie dosięgnąć. Wtedy zrozumiałem, że nic się nie stanie, dopóki na to nie pozwolę. Wystarczyło, że przesunę stopy o kilka cali, a morze spełni moje małe marzenie. I tak się stało.
Mdłości Ruthona jeszcze się nasiliły.
– Boisz się mnie, Ruthonie?
Chłopak nie odpowiedział, tylko mocniej zacisnął dłonie i w duchu zaczął szeptać modlitwę do swego anioła.
Mężczyzna przyklęknął, by spojrzeć mu w oczy. Ruthona ogarnęło jeszcze większe przerażenie. Nie chciał dołączyć do Våla, nie chciał… Nie chciał, żeby go nazywali złodziejem z czekolady, nie chciał…
– O tym właśnie mówiłem, Ruthonie. Pozwalasz, by fale strachu dotykały twoich łydek. Ale jeśli masz dobre wieści o moich dzieciach, jeszcze możesz się cofnąć.
Ruthon nabrał powietrza w płuca. Dlaczego to jego wybrano na kuriera? Był młody, miał przed sobą całe życie… Nie to co Vål, bezużyteczny, tłusty bękart, na dodatek stroniący od kobiet!
Prawda była żrąca jak cholerny kwas. Ale ją wyznał. Powoli, cicho i z przerwami na strach szumiący w uszach niczym fale.
Mężczyzna słuchał z naturalnym, niewymuszonym wyrazem zastygłym na pięknej, idealnie gładkiej twarzy. Zupełnie jakby zastępował zbiegłego Boga, jakby odpuszczał Ruthonowi grzechy…
Gdy chłopak skończył mówić, szare oczy jego pana znów pojaśniały. Wąskie wargi zaś wypowiedziały szczere:
– Dziękuję, Ruthonie. Naprawdę… dziękuję.


_________________

Fazer – fińska firma produkująca czekoladę; nie zapłacili mi za reklamę ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz