środa, 26 sierpnia 2015

Rozmowa 3: Joker ostrzega tylko raz

Nieszczęście Wa Tanabego tkwiło w tożsamości.
Wszystko zaczęło się BP listopada XY89 roku w Tokio. Na jego spokojnych obrzeżach od trzech pokoleń mieszkała równie spokojna rodzina polskich uchodźców wyposażona w chudego kota, starą pozytywkę i same córki. Rodzina ta – a w szczególności córki – z czasem uległa diabelskim namowom naturalnej rotacji i we współpracy z kilkoma rodowitymi Japończykami rozrosła się potężnie, tworząc tym samym nowy podgatunek obywateli.
Jednym z owych Japończyków był niejaki Itsuki Watanashi – blisko czterdziestodwuletni urzędnik namiętnie, choć w pełni podświadomie, zapuszczający korzenie i brzuch. Innych namiętności w zasadzie nie posiadał, nie licząc może zamiłowania do skąpstwa, które ograniczało go dosłownie we wszystkim. Tego ograniczenia miał jednak nie przyjąć do wiadomości aż do ostatniego dnia swego najzwyklejszego w świecie życia.
Rankiem BP listopada XY89 roku Itsuki Watanashi został wyrwany ze snu. Niestety, nie byle jak – ledwie otworzył oczy, a już dopadł go błysk zagnieżdżonej w powietrzu zmiany. Jesień wówczas już dogorywała, wydając z siebie szczególnie zbolałe jęki, a żałobna, dobrze przez nią opłacona słota wytrwale jej akompaniowała. Itsuki Watanashi omal nie pobladł, gdy zerknął przelotnie na swoją żonę. Izumi – jak miała na imię – spała bowiem dziwnie niespokojnym snem.
Sytuacja była zatem patowa, gdyż zmiana była blisko, a Itsuki Watanashi najbardziej na świecie nie cierpiał zmian i sake.
Mężczyzna postanowił, że naprawi sytuację, jak przystało na prawego obywatela, szanującego się urzędnika i, bądź co bądź, również głowę rodziny. W tym celu odczuł ból w kościach, które mogłyby być trochę młodsze (zwłaszcza, że już niedługo miał po raz pierwszy zostać ojcem) i ponarzekał w myślach, a potem podreptał do łazienki, by zmyć zmęczenie z szarej twarzy. Mydło kupione w dziesięciopaku nie ułatwiło mu tego zadania.
Następnie przebrał się w obszerny garnitur charakterystyczny dla ludzi niemających marzeń, natknął na łysiejącą głowę stary kapelusz i opuścił mały, szeregowy domek w towarzystwie dziurawego parasola. Udał się do sklepu, skąd wyszedł po blisko dziesięciu minutach (za długo, oj, za długo!), poszerzywszy swoją kompanię o duże mleko i trochę słodkich pomidorów. Dopiero w drodze powrotnej zrozumiał, dlaczego inni rodowici Japończycy obrzucali go zdziwionymi spojrzeniami – zapomniał założyć swoją okazyjnie nabytą jesionkę. Taki był roztargniony przez tę zbliżającą się zmianę!
Będąc już o krok od domu, dokupił jeszcze bułeczkę z czerwonej fasoli. O jej cenie profilaktycznie wolał zapomnieć.
To dla Izumi – napomniał się jeszcze i wymusił na sobie wstyd, żeby nie okazać się człowiekiem skąpym. To w końcu takie nieeleganckie! – Niedługo urodzi i wszystko wróci do normy.
Pomylił się w rachunku o tysiące jenów i jedno życie wartości bułeczki z czerwonej fasoli, która bezczelnie poturlała się po podłodze, ledwie Itsuki Watanashi przekroczył próg małego, szeregowego domku zamieszkiwanego od trzech pokoleń przez spokojną rodzinę polskich uchodźców. Okazało się bowiem, że jego żona Izumi zbyt łatwo zgodziła się na propozycję pewnego pół-Japończyka, co się za bardzo spieszył, by dowiedzieć się, jak wyglądają tokijskie obrzeża.
Był to ów BP listopada XY89 roku, kiedy wszystko się zaczęło.
Gdyby nie to, że dogorywająca jesień zapłaciła żałobnej słocie za dużo, w pewnym młodym urzędniku marzącym o egzotycznych wakacjach nie zrodziłaby się zazdrość. A gdyby jej nie było, mężczyzna nie wyładowałby swej frustracji na Wa Tanabem poprzez nazwanie go Wa Tanabem.
Tożsamość ta (potwierdzona szeregiem szarych dokumentów wypełnionych przez młodego, marzącego o egzotycznych wakacjach urzędnika) była powodem odwiecznej awersji pół-Japończyka do przedstawiania się. Każdy, kto tylko usłyszał, jak się chłopiec nazywa, zaczynał doszukiwać się dziwnych teorii spiskowych. A to nazwiska Watanabe (jak u Murakamiego*), a to imienia Tanabe dziecinnie zniekształconego niewiele znaczącym Wa (jakby samo Tanabe nie było już wystarczająco zniekształcające).
Nieszczęść w życiu Wa Tanabego było jednak o wiele więcej. Wśród nich takie jak: skąpstwo ojca, nieśmiałe sny matki i brak psa wynagrodzony młodszą siostrą. A także tamto, które nieodwracalnie zmieniło bieg jego życia i miało swój początek w tożsamości.
Jego tożsamości.
A tak niewiele brakowało, by był Yutaką Watanashim…
Wa Tanabe miał jednak czelność łudzić się, że skoro porzucił Japonię dla tułaczki po reszcie świata, której ostatecznie wyrzekł się w imię skromnego życia w Chalcedonie, to jego osobiste nieszczęście nie będzie już miało nic do rzeczy.
Słodkawe przekonanie trwało i trwało – teraz jednak wiedział, że nadal za krótko. Swój udział miała w tym pewna wysokawa szatynka o intensywnym, wszystkowiedzącym spojrzeniu, którą właśnie przywiązał do starej, wojskowej pryczy.
– Przestań wierzgać! – nakazał ostro Wa, oceniwszy, na ile mocne są więzy. Nie powinny jej zrobić krzywdy, pod warunkiem że przestanie się rzucać jak opętana. – To się robi nudne. I ci nie pomoże.
– Ile razy mam ci powtarzać, że nie mam nic wspólnego z tym waszym chalcedońskim burdelem?! – odwarknęła dziewczyna, a ciemna grzywka omal nie wpadła jej w oczy.
I po co ona się szarpie? – zirytował się Wa w myślach, gdy prycza wydała z siebie zbolały jęk.
– Powiedziałaś to już wiele razy, więc możesz dać sobie spokój. Zakodowałem.
– Wypuść mnie stąd! Obiecuję, że już nigdy mnie nie zobaczysz. Zniknę i…
– W to akurat nie wątpię. Zabiją cię, jak tylko przekroczysz próg.
Sama prawda.
– Pro…
– Na pewno? – przerwał jej Wa. – Na pewno chcesz prosić? Możesz tego potem żałować, więc lepiej dobrze się zastanów, nim powiesz choć słowo.
Dziewczyna wlepiła w niego wielkie, granatowe oczy. W innych okolicznościach pewnie byłaby odważna. Zapewne lubiła udawać.
Kolejna, dla której to tylko zabawa albo jakiś tam bunt – mruknął Wa bezgłośnie. – Euphemia nie zmieniła taktyki, jak widzę…
Czekał, aż szatynka dokończy swoją prośbę. Nie zrobiła tego. Wa przyjrzał jej się uważnie, doszukując się przy tym jakiejś wskazówki. Słucha go, bo się boi czy raczej ma w tym jakiś inny cel? Twarz dziewczyny z trudem zachowywała obojętność, której przecież przeczyły wcześniejsze słowa. Może jednak była bardziej zdefiniowana niż jej poprzedniczki?
Wa oparł się ostentacyjnie o futrynę, zaplótł ramiona na szerokiej piersi i rzeczowym tonem spytał:
– Masz na imię Havva, tak?
– Skąd wiesz?
Może pobladła, może tylko uznała, że już po niej. Nie wiedział. Wolał jednak nie odpowiadać na jej pytania – zbyt wiele miał swoich.
– Nie mamy czasu – orzekł. – Przyszłaś tutaj z Euphemią, to już wiem. Gdzie ona jest? U Wandy?
– Miałyśmy tam iść… Do jakiejś Wandy… Znaczy, poszłyśmy, Euphemia była jakaś taka zmartwiona, chyba coś przeczuwała – jąkała Havva, nie wiedząc, po co w zasadzie mówi to człowiekowi, który bez wahania przywiązał ją do skrzypiącej pryczy, jakby była psem, którego należy dobić. Być może musiała po prostu wyrzucić z siebie wszystko, czego nie pojmowała. – No więc poszłyśmy tam i… Znaczy, ale… Euphemia… O Boże, Euphemia…
Wa Tanabe jęknął z niesmakiem i ze zniecierpliwieniem zaczął rozmasowywać nadgarstki. Ostatnio bardzo bolały go stawy.
– Nie wzywaj swojego boga w Chalcedonie, dziewczyno. A zwłaszcza kiedy mowa o Euphemii. Uwłaczasz Mu – orzekł, a potem zatarł ręce i rzekł: – To teraz do rzeczy – poszłyście do Wandy i co? Natknęłyście się na kogoś?
– Tak… Zdążyłam zobaczyć porozwalane meble. W gospodzie coś się stało. Euphemia mnie odepchnęła, a sama weszła do środka. Wyszedł po nią jakiś facet…
– Ktoś od Jokera?
– Co… Jokera? Nie… Nie wiem. Kto to jest w ogóle Joker? – Dziwiła się Havva, a każde kolejne słowo odbierało jej siły. – Miałam przy sobie tylko tamtą książkę i naszyjnik. Dla Bevi, na wypadek gdyby Euphemia nie mogła jej go dać sama…
Euphemia nie powiedziała jej o Jokerze – analizował Wa. – Więc wszystko jasne – Havva miała być następna. Jest przerażona, bezbronna, daleko nie ucieknie. A ja nie mam czasu ani ochoty na zabawę w rycerza. Poza tym przerażenie wkrótce minie, zacznie się ciekawość, dziewczyna nabierze odwagi. Już nie będzie pytać, tylko dopominać się odpowiedzi. Jest problemem, ale czy warto ją zabijać? Zostawię ją Vihjemu. Swoją drogą ciekawe, czy Vensen zauważył flarę… Jeśli tak, powinien niedługo tu być.
– Co ze mną zrobisz?
Pytanie Havvy wyrwało Wa Tanabego z zamyślenia, które miał wręcz wymalowane na twarzy. Posłał jej jedno lub dwa spojrzenia przesycone najszczerszą nicością, jaką zdołał z siebie wykrzesać, i całkowicie zgodnie z prawdą odparł:
– Ja nic. Ale może ktoś inny coś wymyśli.
– Kto? – spytała Havva, ale odpowiedzi nie było.
Wa Tanabe wyszedł jak gdyby nigdy nic, nie powiedziawszy już ani słowa. Nie trzasnął drzwiami, ale nie uszanował też ciszy, bo swoją obecność zaznaczał aż nazbyt wyraźnie. Każdy krok był bowiem ciężki i niestaranny, a jednak przeraźliwie odległy. Był to ten rodzaj dystansu, który przyprawiał o dreszcze i straszył, że najgorsze dopiero nadejdzie.
Havva już nie musiała się kryć, a łzy razem z nią. Nie potrzebowały przewodnika – doskonale znały jej ciało i wiedziały, jak płynąć, żeby zdradzić wszystkie jej tajemnice. Skrywany żal, strach, ból, niepewność, a nawet… tęsknotę. Tak, tęsknotę. Za domem, którego nienawidziła, za życiem, którego chciała się wyrzec. Była bezmyślna, to prawda, lecz nigdy nie sądziła, że skutki tej bezmyślności mogą być aż tak dotkliwe.
Bezsilność przywiodła jej na myśl wspomnienie o pewnych wakacjach. Wówczas miały z Vinką po osiem lat, matka zabrała je do Chorwacji. Była to ich pierwsza podróż do Europy, dla Havvy jak dotąd ostatnia, za to już od drugiego dnia niefortunna. Wtedy bowiem wpadła w pułapkę zastawioną przez fatalizm turkusowej wody i zachęcającego słońca.
Doskonale pamiętała uczucie bycia pochłanianą przez beztroską, pustą ciemność. Z dna dobiegały śmiechy zadowolonych handlarzy, dla których Havva była tylko towarem. Nie trzeba było o nią nawet jakoś szczególnie walczyć – po prostu tam była i należało ją sprzedać. Jednym z handlarzy był świat zupełnie jej obcy, drugim zaś ten, o którym odważyła się mówić „mój własny”.
Doskonale pamiętała obojętność. Upłynęło trochę czasu, zanim się zjawiła, ale zrobiła to na tyle dotkliwie, by nie dało się o niej zapomnieć. Ten świat czy inny? To już nie miało znaczenia, skoro w żadnym nie było kogoś, kto chciałby ją tak zupełnie na serio. Można było nawet przywyknąć do tego uczucia; chyba nawet było to wygodniejsze. Ale nietrwałe. Wkrótce błoga obojętność została zastąpiona Vinką, która zawsze pojawiała się wtedy, gdy nie była potrzebna.
Taak… Havva doskonale to pamiętała.
To, że najbardziej tęskni za niepowołaną Vinką i jej uśmiechem. Takim bardzo po prostu.
Teraz było podobnie. Ktoś dokonał transakcji, przedmiotem była ta sama Havva Vidrov. Tyle że tym razem ów ktoś otrzymał jej wyraźne zaproszenie. Takie bardzo po prostu.
Kiedy przyszedł czas na obojętność, ktoś wszedł do pokoju. Havva niechętnie odwróciła głowę w stronę nowo przybyłej osoby i zmierzyła ją pełnym niechęci spojrzeniem.
– Nie płacz, dziecinko, nie żałuj. Jeszcze jest dla ciebie nadzieja. – Usłyszała Havva z wąskich ust krępej, niemal karykaturalnie niskiej i paskudnej kobiety dolewającej wody do dzbanka stojącego na stoliku przy wejściu.
Zanim zaczęło się piekiełko, Havva kątem oka dostrzegła pozłacany napis nad drzwiami: SEVRYNA. I już wiedziała, że jeśli Euphemia upomni się o swoje dwa pokisy, to ona, panna Vidrov z Nowego Jorku, jest martwa.






– To co mi jeszcze powiesz, Euphie? – zagadnął wesoło Beren, rozłożywszy się wygodnie na krześle. – Bo ja już się nagadałem.
Był monstrualnie wysokim, przesadnie umięśnionym dwudziestoparolatkiem, któremu jednak całkiem niedaleko było już do trzydziestki. Rysy twarzy i oczy miał bardzo nordyckie – jasne, ale wojownicze i ostre. Ciemne, gęste włosy zaplótł w figlarne warkocze, chcąc niemal na siłę udowodnić, że jest zabawny. Euphemia znała go jednak wystarczająco długo, by w to nie wierzyć. Sama uważała Berena za osobę głęboko skrzywdzoną, a przy tym wyrachowaną i pozbawioną skrupułów. Nie chodziło jednak o pierwsze lepsze zło, które w pewnym momencie go zdominowało – raczej o cel, którego nigdy nie znalazł.
Jedno było pewne – sam czy w stadzie, umiał sobie radzić znakomicie.
Z sufitu nadal sypały się złote iskry przypominające bardziej czarodziejski pyłek niż jakąś truciznę. Tylko dlatego wnętrze wciąż wyglądało całkiem domowo, a Euphemia zachowywała względny spokój.
– Że ta dziwka nie ma w ogóle słuchu – odparła Czarownica. – Nie jęczy w rytm.
– Uuu… – Beren aż się skrzywił. – Może to ty po prostu masz inny gust? Nie rozumiesz zamysłu i…
– Tak, masz rację, nie rozumiem zamysłu. W ogóle tego nie pojmuję. Od kiedy chodzisz na smyczy Jokera, piesku?
Beren Kiedyś spojrzałby na wilcze kły naszyte na rękawach swojej kurtki, a potem rzuciłby w Euphemię tym, co miałby pod ręką, żeby w końcu zrozumiała, że zwykły kundel nie byłby w stanie odpowiednio takich zębisk użyć. Wyrządzona krzywda zawsze byłaby zbyt mało dotkliwa, niepopamiętana.
Beren Dziś również spojrzał na wilcze kły naszyte na rękawach swojej kurtki, a potem roześmiał się kpiąco i z rozbrajającym uśmiechem odparł:
– A co to za różnica, do kogo należy smycz? Oboje dobrze wiemy, że rząd nie płaci, a z czegoś żyć trzeba.
– Joker się bawi w Napoleona? – zakpiła Euphemia. – Dzieci wolą chowanego.
– Dlatego ciągle znikasz – mruknął Beren, nie kryjąc rozbawienia. – Poza tym, Napoleon to za dużo powiedziane. I jednocześnie za mało. Popatrz tylko. – Rzekł i teatralnie wskazał ręką na swoją dywizję. Nadal gotową, bezwstydną i odbezpieczoną.
Podczas gdy kontrolę nad Euphemią stopniowo przejmowały wstręt i chęć odwetu, Beren pozostawał spokojny, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Przeciwnie – zyskiwał na sile, jakby był odzianym w zbroję z najszczerszej szlachetności obrońcą gotowym zdeptać każdy szaleńczy odruch Czarownicy.
– Same łupy by nie wystarczyły – dodał.
– No tak, teraz macie zabawę. – Euphemia skinęła głową w stronę kelnerki jęczącej w najlepsze. – Rząd przecież od czasu do czasu postawił kogoś pod trybunałem. Zawsze mogłeś to być ty. Albo on. I on. I tamten też.
– Nie o to chodzi, Euphie. Ideologia to ideologia. Walczy się o coś, a nie dlatego, że tak wypada. Oboje wiemy, że rządowa gadanina już nie ma sensu… A Chalcedon przyszłości. I to nie tylko dlatego, że jest w nim Joker.
– Taa, oboje to wiemy – mruknęła Euphemia złośliwie. – Tylko po co o tym rozmawiać? Przecież masz tu inny interes. Co zrobiliście z Wandą?
– To, co uznaliśmy za stosowne.
– Beren, pożartujemy później.
– Dlaczego? – zdziwił się. – Przecież bez tych swoich kudłatych przyjaciół nic nie zrobisz. Czym będziesz walczyć? Scyzorykiem czy może obgryzionymi pazurami? Widzisz, Euphie… Ty mi zarzucasz, że chodzę na cudzej smyczy, a sama co robisz? Mnie to wygląda na podkulenie ogona. Trost zakazał ci nosić broni, to jej grzecznie nie nosisz i tylko czekasz, aż ktoś ci przyjdzie z pomocą. Ale nie przejmuj się – dorzucił z cynizmem. – Zawsze jest inne wyjście. Możesz na przykład…
– Przyłączyć się do was – przerwała, a Beren wydął usta w uznaniu i pokiwał głową. – Ciekawe, dlaczego odmówię.
– Bo jesteś naiwna.
We fiołkowych oczach Euphemii błysnęło zainteresowanie. Beren odchylił się na krześle jeszcze mocniej i zaczął:
– Przecież widzisz, co się dzieje. Każdy ma cię gdzieś – nawet ci kudłacze, ręczę za to. Jesteś obrzydliwa, a oni mają dość obrzydliwości. Szczególnie ten obcy. On się tobą brzydzi, czy ty naprawdę tego nie widzisz? Wtapiasz się w tło, więc w zasadzie nie istniejesz. Ci, którym próbujesz pomagać, mają jeszcze resztkę moralności – i dlatego nie chcą twojej litości.
– Przyszedłeś się wpisać na listę potrzebujących? Wybacz, nie mam jej przy sobie, a kudłacze jeszcze nie przyszli, więc nie mogę ci powiedzieć, kto jest przed tobą.
– Oj, Euphie, Euphie… – westchnął z politowaniem. – Od dłuższego czasu potrzebujesz przede wszystkim… czasu. A rządowi kończy się cierpliwość.
– Nie rozumiem – przyznała Euphemia. – Przed chwilą powiedziałeś, że wyrwaliście się z łap rządu i pracujecie dla Jokera. A teraz mówisz, że Trostowi zaczyna się nudzić? Po czyjej ty w końcu jesteś stronie?
– Masz rację, nie rozumiesz. Umowa sprzed lat – ta między Jokerem a Trostem – obowiązuje, mimo że od samego początku jest cholernie tajna. Joker stawia swoje warunki, a rząd nie pozostaje mu dłużny i organizuje te swoje wspaniałe wyprawy. A przy okazji się niecierpliwi i odgraża. Jak myślisz, komu?
Euphemia zacisnęła wargi i zmierzyła go uważnym wzrokiem. Nie rzekła ani słowa, odpowiedź była bowiem zbyt oczywista.
– No właśnie. Więc chyba nie muszę ci mówić, że w Chalcedonie jest coś, na czym Jokerowi zależy równie mocno jak tobie, prawda? A skoro Trost odgraża mu się, że go tego pozbawi, szef ma prawo się wkurzyć, nie sądzisz?
– Szef… - prychnęła pogardliwie Euphemia, a potem zmieniła temat: – Co zrobiliście Wandzie?
Wanda była ważniejsza niż Berenowa prowokacja.
– Nie wierzę… To stare pudło jest dla ciebie ważniejsze niż… – Nie dokończył. Tylko patrzył we fiołkowe tęczówki białowłosej dziewczyny i chyba rozumiał. – Jesteśmy tutaj, żeby cię ostrzec. Taki prezent od Jokera. Widzisz? On cię zauważył. I będzie obserwował, dopóki nie zmienisz zdania albo… Albo nie skończy ci się czas. Więc możesz odwołać chłopców, jeśli jeszcze masz flary, bo dzisiaj pieski mają być grzeczne – inaczej nie będzie mięska. Sama rozumiesz… Trzeba przeżyć.
Na potwierdzenie swoich słów wstał, poprawił kurtkę opinającą nadmierne mięśnie i zwołał swoją odbezpieczoną dywizję. Odpowiedziały mu protesty i groźby, lecz nie wziął ich sobie do serca, tak były bezsensowne. Chodziło przecież o mięsko.
– Zatem Joker każe mi wybierać?
– Nie – to Trost każe ci wybierać. Joker podaje ci wybór na tacy. Doceń to, a dobrze na tym wyjdziesz. I Euphemian też.
– Jaki ty masz w tym wszystkim powód, żeby przeżyć? – zapytała Euphemia zdolna uwierzyć we wszystko, tylko nie w to, że przywódca Czarnych Wilków w końcu znalazł jakiś cel, i wlepiła w niego rozgniewane spojrzenie.
Beren tylko się uśmiechnął i wraz z niezadowolonymi Wilkami opuścił karczmę.
Gdy był już na zewnątrz, rzucił w przestrzeń tępe: „Ciekaw jestem, co będzie dalej” i sam został obrzucony kilkoma zdziwionymi spojrzeniami. Jedno z nich należało do pewnej wysokiej blondynki, która akurat przechodziła nieopodal, kopcąc w najlepsze aromatycznego papierosa. Nie wydawała się być szczególnie zdziwiona widokiem Czarnych Wilków. Mało tego – nie wydawała się być szczególnie chętna, by się nim przestraszyć. Beren postanowił o niej pamiętać.
Tymczasem Euphemia zerwała się z miejsca i wśród złotych iskier sypiących się z sufitu pognała w stronę zaplecza. Po drodze natknęła się na półżywą kelnerkę, która próbowała ukryć pozostałości rozkoszy pod maską krzywdy. Czarownica posłała jej spojrzenie lepkie od wstrętu i z całą mocą splunęła w jej stronę.
Na zapleczu znalazła zakrwawioną i nieprzytomną Wandę. Była pobita i nie miała lewego ucha. Oddech to zastygał na pociętych ustach, to ginął zupełnie, a puls słabł z każdą sekundą. Euphemia klęczała, włosy zupełnie opadły na jej na twarz, a niewytłumaczalna bezsilność zakazała działać. Dziewczyna szybko otrząsnęła się z tego stanu i spróbowała zatamować krwawienie, co nieco ją przerosło.
Nie zauważyła, kiedy do izby wbiegli zdezorientowani Vensen i Wa Tanabe. Pierwszy trzymał w prawej dłoni sporych rozmiarów katanę, drugi czule dzierżył Katinę – ciężki miecz zabrany jednemu z Sokołów poległemu w jakiejś nieważnej, ulicznej potyczce. Musiał być co najmniej kapitanem, skoro nosił przy sobie ten rodzaj broni.
– Co tu się w zasadzie stało? – rzucił Vensen, po czym odepchnął Euphemię, by ją zastąpić. Był o wiele lepszy w technikach medycznych i chętnie to wykorzystywał.
– Czarne Wilki przeszły na stronę Jokera – odparła Euphemia, a mężczyźni wymienili między sobą zdziwione spojrzenia. – Tak naprawdę chodziło o mnie. Trost chce, żebym kontynuowała wyprawy, Joker – przeciwnie. A Wanda… Wanda była tylko ostrzeżeniem.
Zapadło milczenie. Długie, nienasycone, pełne złocistych, pięknych iskier i pytań. Wszyscy podjęli jakieś próby – Vensen okiełznania krwotoku, Euphemia podjęcia decyzji, a Wa Tanabe zapomnienia na chwilę o tym, że wkrótce się wyda, kto ukradł Havvę. Chyba jako jedyny był niemal pewien, co będzie dalej.
– Więc co zrobisz? – zapytał po chwili Wa. – Wybierzesz Trost czy Jokera?
Dobrze wiedzieli, że Joker ostrzega tylko raz. A Trostowi kończy się cierpliwość.
I wszystko to w karczmie pełnej złotych iskier sypiących się z sufitu, podczas gdy w innej, o wiele obskurniejszej i zimnej, kobieta przypominająca ropuchę rozpoczynała swoją opowieść mogącą obrócić wszystkie dotychczasowe plany wniwecz.



_________________

* Mowa o Toru Watanabem – głównym bohaterze powieści Harukiego Murakamiego pt. „Norwegian Wood”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz