– Ognisko płonęło inaczej.
Nim jeszcze na dobre dokończyła zdanie, Euphemia przeszyła ją wzrokiem, a potem postanowiła dobić, warcząc przy tym:
– A czego żeś się spodziewała? Komitetu powitalnego?
Havva nic już nie odpowiedziała. Tylko przyjrzała się Euphemii pobieżnie, raz jeszcze oceniła, że dziewczyna – choć jest piękna i ma miły wyraz twarzy – sposobem bycia bardziej przypomina ożywioną przypadkiem skamieniałość niż człowieka i uprzytomniła sobie, że zapomniała o czymś ważnym. Po drodze nauczyła się bowiem, że o słowa należy dbać równie mocno jak o czystą wodę podczas wędrówki, bo o mądre równie trudno. Euphemia obchodziła się z nimi dość delikatnie i oszczędzała je, jak mogła, a Havvie nakazała pielęgnować tę świadomość ze wszystkich sił.
– To ci się przyda, wierz mi – powtarzała.
Zamiast więc droczyć się z Euphemią, Havva raz jeszcze przyjrzała się wysokim drewnianym palom. Za czasów świetności służyły pewnie do nadziewania za takie czy inne nieposłuszeństwa, dziś jednak – upokorzone, a przy tym święte – pozostały przy utrzymywaniu na barkach specjalnych ognioodpornych koszy sporych rozmiarów, w których panoszył się światłodajny płomień. Nie bardzo przypominały latarnie, jakie Havva zapamiętała z Nowego Jorku.
Dziewczęta schodziły właśnie z dosyć masywnego wzgórza. Za sobą pozostawiły przepastne, jesienne pola, przed sobą miały jeszcze całkiem wyraźną panoramę Chalcedonu. Havva pragnęła poprosić o chwilę przerwy, żeby móc się do syta napatrzeć na malownicze, okrąglutkie chatki osiadłe w dolinie. Na ich kopulaste dachy (niektóre ze słomy, inne pokryte dachówką z odzysku), na dziesiątki ogni pozwalających je jeszcze dostrzec i wreszcie
na kamieniste, biegnące pomiędzy nimi uliczki, które z tej perspektywy wydawały się bardziej kręte, niż były w rzeczywistości.
– To jest Chalcedon? – zapytała Havva i się potknęła.
Widząc to, Euphemia niemal się roześmiała i półgębkiem odrzekła:
– Taa… Kocie łby się zaczynają.
– I światła też jakby coraz mniej…
– Jak to w Podziemnym Mieście. Tylko tutaj jest naprawdę widno, czy to dzień, czy noc… No i jeszcze w dolinie – tam w sumie też najgorzej nie jest. Ale kiedy zapuścić się na zachód – Euphemia wskazała kierunek bladą dłonią. – Można się pogubić. Tam już nie widać nieba.
– Tam jest ten wielki bór i drzewa, które wszystko zasłoniły?
– Głupia! Drzewa masz tam, na wschodzie, w stronę wzgórza, na którym stoi zamek. Stąd go jeszcze nie widać, ale jak zejdziemy trochę niżej, to się przekonasz. Na zachodzie nie ma nieba. Inaczej miasto by się nie nazywało Podziemnym.
– A co jest zamiast nieba?
– Skały – odparła Euphemia, wzruszając ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz, jaką miała do powiedzenia. – Mieszkańcy mówią na tamtą część miasta Mellow Herto, co znaczy w ich pradawnej mowie „Serce Łagody”. Tak nazywa się góra, która króluje nad dachami budynków.
– Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam – przyznała Havva.
– Jakoś mnie to nie dziwi. Poza tym, nie o tym Chalcedonie mówią w szkole.
– Pójdziemy tam za dnia?
– Gdzie niby? Do Mellow Herto?
Havva na potwierdzenie skinęła głową.
– Mowy nie ma – ucięła Euphemia machinalnie.
Jej ton lepił się od zdecydowanego sprzeciwu, a pod nogami coś brzęczało. Spojrzała w dół, chcąc dowiedzieć się, czym jest winowajca, a potem przychyliła się, żeby go pochwycić.
– Dlaczego? – zapytała Havva i przystanęła, żeby Euphemia nie musiała jej doganiać, choćby tylko o ten jeden krok. Samotny, samodzielny krok.
Euphemia w świetle ulicznej pochodni obejrzała podniesiony przedmiot z każdej strony i tęsknie, niemal z zachwytem westchnęła:
– Pięćdziesięciochalcówka! Chyba mamy szczęście, naiwna dziewczyno! Jak dobrze pójdzie, to starczy nam na lichy pokój i kufel korzennego piwa. Mały, bo mały, ale zawsze coś. Pospieszmy się więc, bo i to nam zabiorą! – podsumowała, przeskoczyła przez kałużę i przyspieszyła kroku.
– Dlaczego nie chcesz iść do Mellow Herto? - uparcie dopytywała Havva.
– Bo jeszcze nie upadłam na głowę.
– Co jest w tym miejscu takiego strasznego? Nowy Jork też ma swoje ciemne kąty i jakoś ludzie nie robią z tego tajemnicy…
– Nowy Jork nie jest Chalcedonem. Jeśli tak bardzo chcesz, możesz iść sama. Bo ja się boję.
Tak wiele pytań cisnęło się wtedy Havvie na usta, że aż nie wiedziała, od którego zacząć. Był to jeden z powodów, który przyczynił się do tego, że znów się potulnie przymknęła i dotrzymała Euphemii kroku. Poza tym wyraz twarzy jej przewodniczki
nie zdradzał żadnych śladów niedawnego podniecenia. A jeszcze chwilę temu – zanim przekroczyły granicę między Chalcedonem a resztą świata – tak usilnie starała się je ukryć!
Euphemia nie była już tą samą drwiącą i nieco protekcjonalną osobą co wcześniej. Zamyślona i dziwnie… zaniepokojona? Taka właśnie szła wzdłuż szlaku wielkich ogni mogących w każdej chwili wylać się poza brzeg pierwszego słabszego kosza, by pożreć jakiś stary dach. Widok monety wcale nie białowłosej nie ucieszył. Udawała. Pytanie tylko dlaczego…
Havva wybrała możliwie najgorszy sposób, żeby się tego dowiedzieć i natychmiast przerwać złowrogie milczenie.
– Ciekawe, która to godzina… – zaczęła.
– Pewnie kawał po północy.
– Nie o to mi chodzi. Ciekawa jestem, która to wspólnie spędzana godzina.
– A po co ci to wiedzieć?
– Bo tak sobie myślę, że łażę za tobą od ponad miesiąca, a tak niewiele o tobie wiem. W zasadzie to nic prócz tego, jak wyglądasz i jak ci na imię.
– Łażę? – zakpiła Euphemia, a jej głos wrócił na chwilę na niemal zwyczajny, ironiczny tor. – Proszę, proszę, wyrabiasz się, jak widzę. Wiesz co? Mimo wszystko złośliwa bestia z ciebie. Bo za każdym razem, jak już znajduję powód, żeby powiedzieć, że może jeszcze wyjdziesz na ludzi, dajesz mi inny, żebym mogła powiedzieć coś przeciwnego. Nie wstyd ci tak się bawić biedną Euphemią?
– Nie odpowiedziałaś!
– Bo o nic nie pytałaś. Poza tym, jak o tym pomyśleć, to… też niedużo o tobie wiem prócz tego, że jesteś z Nowego Jorku.
– Wszystko ci przecież opowiedziałam! – żachnęła się Havva, a oburzenie przy użyciu całej swej szpetności podcięło jej niewidzialne skrzydła.
Euphemia przystanęła na chwilę. Nasłuchiwała. Potem ze znużeniem westchnęła coś o jakichś „narwanych dziewuchach” i spojrzała na Havvę z ironią, pytając:
– Masz na myśli tę żałosną historyjkę o fagasie matki, który brał się za ciebie? Czy może tę o braku forsy?
Havva zaniemówiła. Patrzyła niewzruszonej Euphemii w oczy, powtarzając sobie w myślach, że musi to przetrwać. Iluzja musi trwać, to jedyne, co jej pozostało. Musi się w niej doskonalić, inaczej nie ma powrotu. Musi przepełnić nią oddech i zatruć krew, zaślepić oczy i związać serce… Musi. Inaczej to, czego pragnie, rozpadnie się w pył i nigdy więcej tego nie zobaczy.
Nigdy i zawsze – tylko to dla Havvy było doskonałe.
– Wiesz, ile takich bajeczek w swoim życiu słyszałam? – ciągnęła Euphemia, ruszywszy przed siebie raz jeszcze, tyle że szybciej. – Mogłaś przynajmniej wymyślić coś, co by mnie zaskoczyło. Nie jesteś pierwszą, która wyruszyła ze mną w drogę, chociaż – przyznaję – jedną z niewielu, która zaszła aż tak daleko. Mnie to wystarcza – mam kogoś, kto osłania tyły, dźwiga kilka tobołów i pomaga rozpalić ogień. Nie obchodzi mnie, czy na rozpałkę wrzuca tylko drewno czy jeszcze to, o czym chce zapomnieć. Dlatego nie pytałam, czy swoje imię też zmyśliłaś.
Havva odwróciła głowę, nie chcąc, by Euphemia dostrzegła, jak usiłuje tłumić łzy i przegrywa tę batalię. Musiała kłamać, doskonalić się w byciu nieprawdziwą, a została przejrzana z taką łatwością! Kim ona jest? Do czego w ogóle się nadaje? Na co zasługuje?
Przypomniała sobie, że pyta o to, odkąd pamięta. Wychowała się w Nowym Jorku, dokładnie na dwudziestym szóstym piętrze wieżowca identycznego jak te, jakich w centrum wiele. Widok tak chętnie uwieczniany przez turystów na zdjęciach miała zatem na co dzień, a od szczytu dzieliły ją zaledwie dwa piętra. Czasem siadała na szerokim parapecie kuchennego okna i łapała promienie rzucane przez słońce na dachy pozostałych budynków, jakby były kwiatami odrzuconymi przez wybrednego ogrodnika.
Rozdzielała je potem na cienkie pasma. Fioletowe, czerwone, niebieskie… Czasem także złote i dźwięczne jak brzęk strun zepsutej harfy. Potem zerkała w dół, sycąc się wonią posiekanego w nicość życia i wtedy do niej docierało, że wszystkie fotografie uciszają rozpacz miasta, które ktoś pozbawił czasu.
Następnie przenosiła spojrzenie na chmury i szukała Boga, ale zawsze bez skutku. Poznała zatem smak rozczarowania i dlatego mierzyła dość nisko. Zdawałoby się nawet, że w coś, co jej się od zawsze bezwarunkowo należało. Choć wielki świat gardził jej małym chceniem, trwała w nim. Uparcie i z obrzydzeniem do samej siebie. I tylko trwała, nie śmiejąc poprosić o coś jeszcze, póki poprzednie chcenie jeszcze się nie spełniło…
Kolejne, tym razem bardziej bolesne, potknięcie wyrwało Havvę z zamyślenia. Gwałtownie odwróciła głowę, spodziewając się salw śmiechu.
– Słuchaj, co do ciebie mówią – nakazała smagła dziewczyna o bystrych, chabrowych oczach i głosie zimnym jak lód. Havva natychmiast pojęła, że to ona podłożyła jej nogę. – Euphemia kazała ci się zatrzymać.
– Ru-u-i! – pisnęła druga dziewczyna, uwolniwszy Euphemię z zachłannego uścisku. Była sporo młodsza od tamtej i przede wszystkim wyglądała na milszą. – Mogłaś jej zrobić krzywdę!
– Skoro jest w Chalcedonie, powinna wiedzieć, że tutaj się patrzy pod nogi – orzekła Rui, a potem zwróciła się do Euphemii: – No chyba że jej nic nie powiedziałaś…
– Tyle, ile powinnam.
– To znaczy?
– Tyle co każdemu, kto nowy. Czyli, jak mnie znasz, odpowiednio. Dlaczego po mnie wyszłyście? Ile razy mam wam powtarzać, że takie włóczenie się po nocy jest niebezpieczne?
– Aleś ty naiwna… Takie wywłoki jak ona nie bawią tu długo.
– Naiwna, naiwna… Ale za to skuteczna.
– Wracasz tylko wtedy, jak masz jakiś interes – taka ta twoja skuteczność. Co tym razem? – westchnęła ciemnowłosa dziewczyna.
Euphemia szybkim ruchem pozbyła się z pleców największego tobołu, podała go Rui i zamieniła balast na roześmianą młodszą pannę.
– Zajrzyj do plecaka i spróbuj zaprzeczyć – poleciła starszej, a młodszą połaskotała i zagadnęła: – Jak tam, Bevi? Przeczytałaś już wszystkie książeczki, które ci ostatnio przyniosłam?
– Każdą stronę po trzy razy! Jak nie więcej!
– Poważnie?
– Już je chyba na pamięć znam! Tę o dziewczynce na pewno!
– O jakiej dziewczynce?
– Tej, co jej było zimno i co była głodna!
– Z zapałkami?
– O! O, właśnie o tej! Właśnie, Euphie! Powiedz mi, bo Rui nie chciała… Co to są zapałki?
Dziewczynka wlepiła w swoją białowłosą przyjaciółkę oczy przepełnione czymś takim, czego Havva w życiu nie doświadczyła. Nie była to wiara, potrzeba, nadzieja… Nawet nie chęć. Wszystko to bowiem zdawało się być w obliczu tamtego czegoś tak małe, niedoskonałe, nieważne, że aż chciało się zatrzymać czas i trwać w tym trującym transie najdłużej, jak to możliwe.
Rui poczerwieniała (chyba ze wstydu) i wlepiła butny wzrok w zawartość plecaka. Szybko i jej zapalczywość stopniała, a spojrzenie stało się niemal bezmyślne, choć w pewnym stopniu przesycone tym samym co oczy Bevi.
Havva stała pośród tego wszystkiego, nic nie rozumiejąc. Czy to o tym czymś zapomniała, odważywszy się zamarzyć? Czy aby nie dlatego każde pragnienie zdawało jej się być jakieś takie wybrakowane i smutne? Co jest w Bevi godniejszego od tego, co jest
w niej? Dlaczego? Dlaczego to dziecko ma w sobie więcej tego czegoś niż ona?
To nie było sprawiedliwe.
Euphemię natomiast opuściły złośliwość, tajemnica, przeszkoda. Zapomniała o upomnieniach i przestrogach, zwyczajnie zamarła. Gdy czas ponaglił, do rozmowy ponownie włączyła się Rui, pytając:
– Skąd masz tyle… ryżu?
Minęła ciężka od niedopowiedzeń chwila, w końcu Euphemia stwierdziła, że pora ruszać. Zanim wcieliła zamiar w życie, obiecała jeszcze Bevi, że kiedyś pokaże jej zapałki. Havva tymczasem pospiesznie zebrała obolałe ciało z ziemi.
– Idziesz do karczmy? – spytała Rui. – Bo jeśli wybieracie się do Sevryny…
– Sevryna jest mi winna dwa pokisy, dlatego odwiedzę ją przy lepszej okazji – odparła Euphemia.
– Czyli kiedy? – dociekała Bevi, ale została zignorowana, bo Rui spytała dotkliwiej:
– Więc co? Wrócisz do domu?
– Do domu? – rzuciła Havva oskarżycielsko. – Mówiłaś, że tylko bywasz w Chalcedonie. Nie było mowy o żadnym domu!
– Każdy ma prawo do swoich grzeszków – ucięła Euphemia i zamaszystym dmuchnięciem pozbyła się niesfornego kosmyka wpadającego do prawego oka. – Pójdę do Wandy.
– Przecież to kawał drogi stąd! – sprzeczała się Rui.
– Możecie zostać u nas… Euphie, zostań z nami… – błagalnie zanosiła się Bevi. – Do Wandy pójdziemy jutro z samego rana… A Euphiś? Co z Euphisiem?
– Jaki Euphiś, do diabła?! – uniosła się Havva i szybko tego pożałowała, bo mina Bevi strachliwie zrzedła.
– No pięknie! - warknęła Rui. – Nie dość, że głupia, to jeszcze poganka!
– Ru-u-i!
– Bevi, nie wtrącaj się!
– Kiedy jesteś niegrzeczna…
– Nic nie rozumiesz!
– Ale to gość… – błagalnie jęknęła Bevi.
– Nic nie pamiętasz!
– Ale…
– Powiedziałam ci już, żebyś się zamknęła!
Bevi otworzyła usta, żeby coś powiedzieć.Zamilkła jednak. Trwało to na tyle długo, że Rui zdążyła nabrać pełną garść ryżu i przestąpić z nogi na nogę.
– Zawsze tak mówisz! – krzyknęła Bevi, gdy pierwszy szok minął. – Jesteś za młoda, nic nie pamiętasz, nic nie rozumiesz! Nigdy nie powiesz, dlaczego! Zawsze!, zawsze!, zawsze! tylko oskarżasz i…
– Rodzice! – wtrąciła Rui oskarżycielsko. – Takim jak ona możesz podziękować, że ich nie ma! Poganom i zdrajcom!
– Dosyć tego! – wrzasnęła ostro Euphemia. – Wracajcie do domu. Migiem! A my idziemy do Wandy.
Oderwała właśnie oczy od nieba, które chciała chyba przejrzeć na wylot, by poznać jego niecne plany, i druchowo dostroiła oddech do niemych komend wydawanych przez niewytłumaczalny pośpiech. Rui dostrzegła tę zmianę, a potem spytała:
– Co jest, Euphemio?
– Nie ma księżyca.
– Ale w mieście spokój.
– O dziwo, od dawna…
– To nic nie znaczy. Słyszysz tę ciszę? Normalna, jak zwykle.
Euphemia wzięła głębszy oddech i przymknęła oczy, próbując sobie wpoić, że chciałaby tak myśleć. Następnie spytała:
– Macie wodę, Rui?
– Dzisiaj nabrałam na zapas.
– A chleb?
– Już nie.
– Cholerny Vensen! Co on – sam żre czy jak?! – Potem trochę uspokoiła ton, postawiła Bevi na ziemi i dodała: – Tutaj wysiadacie. Jak spotkam Vensena, to mu pokażę. Jutro będziecie miały świeżutki chleb, obiecuję.
– Euphie…
– Idźcie do domu, Bevi. I nie oglądajcie się za siebie.
– Ale…
– Havva, pospiesz się!
Dziewczyna odruchowo wykonała polecenie. Szybko zostawiły pyskate towarzyszki z tyłu. Cisza była dotkliwa i złowieszcza, a Havvę to jakby… podniecało.
– Nic nie rozumiem… – szeptała sobie pod nosem, a Euphemia nie zamierzała niczego wyjaśniać.
Kamienisty trakt pokonały biegiem. Havva z ledwością zdążyła dostrzec zamglone kontury zamku, o którym wcześniej mówiła Euphemia. Ciekawe, jak wyglądały za dnia, w pełnym słońcu… Nie mogła się doczekać tego widoku.
– Tędy! – rzuciła białowłosa, a Havva znów ślepo pognała za nią.
Skręciły w prawo, potem w lewo, zgubiły rachubę czasu i własne myśli. Euphemia co chwila poganiała Havvę, która hamowała uśmiech, bo dotarło do niej, że iluzja nie jest jeszcze stracona, że wszystko da się jeszcze naprawić…
– Mogę potrzebować łącznika albo tarczy – rzuciła Euphemia, co miało oznaczać mniej więcej tyle, że trasa powoli dobiega końca. – Co wybierasz?
Stanęły przed drzwiami dużej drewnianej karczmy. Euphemia zamachnęła się, by gwałtownie otworzyć drzwi, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
– Masz - rzekła, wciskając Havvie za pazuchę małą książeczkę i amulet z kryształem górskim. To jego miała na myśli. – Daj to Bevi, jeśli ja będę zajęta.
Potem odepchnęła Havvę, która przez to prawie upadła. Kolejne sińce w kolekcji pewnie niewiele by zmieniły, jednak jakiś instynkt nakazywał nie tracić czasu.
Drzwi otworzyły się na oścież i oczom Euphemii ukazało się wnętrze karczmy. Z pozoru zwykłe – skąpane w bursztynowym świetle, które było ciepłe i słodkie jak dobrze przyrządzony grzaniec. Pachnące pomarańczami, goździkami i miodem. Wszystkim tym, co należało do Wandy naprawdę. Był w tym też ten korzeń, którego nazwy wyjawić nie chciała. Może to i lepiej? Każdy ma w końcu prawo do własnych grzeszków.
A jednak było inaczej. Zegar z rozpaczy poobgryzał wskazówki, stoły przewróciły się na grzbiety, jakby udawały skaleczone żółwie, a dwa z czterech filarów pękły pod ciężarem głośnych win ogłaszanych zza baru.
Tam bowiem ustawiła się odbezpieczona dywizja Czarnych Wilków, która głośno dopominała się o swoje. Żądza zasmakowania wymuszonej słodyczy ud półżywej kelnerki była tak silna, że zdawała się sprzyjać nawet samej dziewczynie, choć przecież nie mogła na dobre wrócić jej życia. Mimo to kelnerka sapała i wiła się - ni to z wdzięczności,
ni z rozkoszy.
Euphemia przez dłuższą chwilę obserwowała to bez emocji. Obrzydzenie pojawiło się dopiero wtedy, gdy stanął przed nią barczysty dowódca oddziału i zawołał:
– Euphie, Euphie! Może się do nas przyłączysz?
Havva usłyszała jeszcze tylko, jak Euphemia mówi: „Przeczytaj pierwszą stronę i idź”, a potem stawia pierwsze skrzypliwe kroki wśród niemal magicznych iskier sypiących się z sufitu.
Mimo wszystko Havva potrafiła myśleć tylko o tym, że ognisko płonęło inaczej. Jakoś tak bezpieczniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz