Vihje raz jeszcze spojrzał w niebo. Czyste, bezgwiezdne, zapomniane nawet przez księżyc.
Nie dość, że złodziej, to jeszcze zdrajca… – westchnął w myślach. Na myśli miał, rzecz jasna, ów księżyc, co to wałęsał się nie wiadomo gdzie i po co, miasto mając w poważaniu.
To dziwne. Vihje był skłonny pomyśleć o księżycu wszystko, tylko nie to, że kiedyś za nim zatęskni. A jednak…
– Ale tu cicho, nie? – zagadnął Vensena idącego z przodu z palcami zaplecionymi ciasno na karku.
– Taa… I nie powiem, że mi to nie pasuje.
Kłamiesz – syknął Vihje w myślach (nie bez satysfakcji zresztą) i nakazał bratu:
– Idź normalnie, bo wyglądasz, jakbyś był moim jeńcem.
– Ja twoim? – upewnił się Vensen z kpiną. – Chyba dwanaście lat temu, jak jeszcze byłem takim gówniarzem jak Bevi.
– Co to za porównanie? Bevi jest sto razy grzeczniejsza od ciebie, gdy byłeś w jej wieku.
– Stul pysk, dobra? Mam cię już dość.
– To idź normalnie!
– I nie próbuj zagłuszać ciszy, tylko dlatego, że tu rzadko jest, dobra? Ja tam wolę się w nią wsłuchać, bo nie wiadomo, kiedy taka okazja się powtórzy. Poza tym idę, jak chcę – to mnie odpręża!
– Faktycznie, wyjątkowo stresujące zajęcie masz…
Wtem Vensen zatrzymał się i odwrócił głowę, ostrzegając:
– Vihje… Mówię serio. Weź się przymknij, bo własnych myśli nie słyszę.
Brat uniósł dłonie w geście kapitulacji i zrobił niemal przepraszającą minę. Potem znowu ruszyli do domu. Wśród ciszy i niepokoju obecnych pod każdym oknem i na każdym rogu dotarli wkrótce do wąziutkiej ulicy Pszennej. Swą nazwę zawdzięczała pobudowanej tam w roku XZ89 piekarni. Pół wieku potem – gdy okazało się, że przynosi tylko straty, mimo że chleb w niej smaczny jak nigdzie – przemieniono ją na cuchnącą garbarnię, ale i ona po trzech latach zbankrutowała. Właściciele podjęli więc decyzję o kolejnym przebranżowieniu się. Należało bowiem na trwałe przerzucić się na coś, co zawsze się opłaca – na trupy.
Tym samym w roku XY42 garbarnię zamieniono na zakład pogrzebowy. Przez kolejne cztery zimy przedsiębiorstwo miało się znakomicie, lecz potem Chalcedon po raz kolejny udowodnił właścicielom, że z czasem wszystko staje się tak naturalne i zwykłe, że nawet umieranie przestaje się opłacać.
Warto przy tym wspomnieć, że wszystkie Arnie (jak z czasem zaczęto nazywać te przedsięwzięcia) – piekarnia, garbarnia i trupiarnia – należały do przesympatycznej, acz wyjątkowo pechowej w interesach rodziny Knoxów, która przyjaźniła się z właścicielami położonej naprzeciwko Trumienki. Właściciele owi prywatnie byli dziadkami Vihjego i Vensena od strony matki.
Trumienka natomiast od zawsze funkcjonowała jako maleńka pracownia zegarmistrzowska poszerzoną o nieoficjalną i całkowicie bezpłatną kafeterię – Antyk. Swego czasu mieli tam najlepszą bezę w mieście, teraz był to rarytas. Prawdziwy rarytas…
Dziś po kochanych Knoxach z naprzeciwka nie było już śladu. Może nie licząc pożółkłych, zdławionych opowieści ukrytych z rzadka w bezsensach pamięci ukształtowanej przez twórców Trumienki i kolorowych flar posyłanych od czasu do czasu w niebo. Chyba że bracia VV o czymś nie wiedzieli…
Niespiesznie weszli do domu. Uderzył ich zapach starych książek i pleśni, która nie dała za wygraną.
Jak to zobaczy Wa… – przemknęło przez myśl Vihjemu patrzącemu na zalążek brudu, jaki w najlepsze wykwitał tuż pod sufitem w prawym rogu od okna – to mamy przerąbane.
– Co ty masz na karku? – zapytał Vensen, gdy Vihje oderwał wzrok od pleśni, zdjął swój szal i powiesił go obok szarej kurtki brata, a potem rozniecił lichy płomień, który jednak wystarczał, by wzbogacić pomieszczenie o niejaką widoczność.
– Tylko łeb – odparł Vihje. – Ktoś w tej rodzinie musi.
– Nie jesteś ani trochę zabawny.
– I po co ta złośliwość, braciszku? Ile w tobie nienawiści!
– Po co bazgrzesz sobie po karku? Mało ci jeszcze tatuaży?
– Robię projekt kolejnego.
– Lepiej byś zrobił jakiś plakat albo rysunek…
– To na pewno komuś pomoże. Wskrzesi albo zachęci do buntu. Popatrz lepiej na to – musiałem zmontować specjalny uchwyt do mazaka, żeby udało mi się narysować wzór!
Podał Vensenowi drobny przedmiocik, ale ten tylko obrzucił go obojętnym spojrzeniem, wziął do ręki tomiszcze odłożone przed wyjściem na mały stolik do kawy i rozsiadł się w prawie zapadniętym, czerwonym fotelu dziadka, mówiąc:
– Nigdy nie rozumiałem, dlaczego to ty masz aż tak długie palce, skoro nie umiesz kraść.
– Po co mi to umieć? Od tego mam ciebie. – Uśmiechnął się Vihje.
Zanim rozsiadł się naprzeciwko brata, podszedł do szafki, wyjął z niej dwie wyszczerbione szklanki i napełnił je kompotem z suszonych śliwek. Jedną z nich podał Vensenowi, który zdziwił się:
– Jeszcze ciepły. Majstrowałeś przy termosie?
– Tylko troszeczkę. To źle?
– Przecież nic nie mówię! - fuknął Vensen pretensjonalnie i wziął łyk. Ciepły płyn pokrzepił mu nieco zmysły i przyjemnie połaskotał w przełyku. – No, może oprócz tego, że trochę przesłodziłeś.
Vihje zmarszczył brwi i również skosztował.
– Faktycznie.
– Planujesz coś jeszcze poprawiać?
– Być może. A co?
– Klamka raz piszczy, a raz wypada.
– Trzeba wymienić.
– A zamek się zacina. Zegary w końcu pokradną.
– Zacinał – poprawił Vihje. - Gdybyś rano był w domu, to byś wiedział, że braciszek czuwa.
– Gdybym rano był w domu, to braciszek by nie miał siły czuwać! Coś przecież musimy jeść.
– Ale tak kosztem innych…?
– To oskub parę tych swoich malowanych kukułek, jak żeś taki mądry! A potem je upiecz! Pochodnię masz parę kroków stąd, na rogu, o tam! – Wskazał dłonią kierunek, żeby Vihje się przypadkiem nie zgubił. Przypadkiem.
– Przecież cię nie potępiam ani nie karcę. Po prostu proponuję.
– Co niby?
– Poszerzenie horyzontów.
– Są szerokie! Są, są, o jakże bardzo! Ledwie przekroczę próg, a same atrakcje i setki perspektyw na wyciągnięcie ręki. Popatrz tylko: na wprost trupy – idealny materiał na mydło albo kumpli na ostatnią podróż. Wybór należy do ciebie! Jak się cofnę, to wyląduję w punkcie dowodzenia, gdzie można sterować czasem. Cholernie przydatne, co nie? Tak się można odmłodzić, że aż mi słów brakuje! Z kolei po lewo trochę królewsko. Kawałek nieba,
jak dobrze pójdzie to jeszcze garść gwiazd, a w oddali zamek i Stumilowy Las! Tygrysek,
co prawda, nawiał, ale wystarczy, że pójdę w prawo i gdzieś go spotkam. Tam, o!, pod sufitem czarnym jak smoła!
– Czemu się unosisz? – zapytał Vihje spokojny niczym głaz.
– Bo mam tego, kurwa, dosyć! – wrzasnął Vensen z wściekłością. – Całe życie minie mi w tej zapchlonej dziurze, a wielki świat będzie sobie w tym czasie w najlepsze grandził i tańczył!
– Naprawdę chciałbyś tak jak oni? Tak tańczyć wśród skowytu umierających, niewinnych dusz, na które właśnie wydali wyrok? W odorze śmierci, piekła, nienawiści?
– Nie wiem, Vihje – odparł Vensen i cisnął tomisko na stolik.
Uderzenie było tak mocne, że Vihje aż podskoczył i omal nie zakrztusił się popijanym w najlepsze kompotem.
Rzeczywiście przesadził z cukrem.
– Może i bym chciał! – ciągnął Vensen. Wzburzenie potargało mu włosy. Zaraz rozleci mu się kucyk, a kosmyki opadną na ramiona i twarz obwisłą kaskadą. – Łatwiej wyrok wydać niż być tym, na którego go wydają. Nie musiałbym spać w odorze cudzych szczyn ani słuchać skarg w językach, których nie rozumiem. Żaden Fugel by mnie już nie gonił. Rozumiesz? Niczego nie musiałbym się już bać i…
– Tchórz – ocenił Vihje w możliwie najbardziej poniżający sposób.
Nie wiadomo, kiedy porzucił swój fotel i złączył dwa palce lewej ręki (wskazujący i środkowy), by pacnąć brata w sam środek czoła. Prawą dłoń nieco zbyt mocno zacisnął na szklance z cienkiego szła, którą zdążył już całkowicie opróżnić. Trzeszczała niecierpliwie, jakby tylko czekała na moment w którym będzie mogła się bezkarnie rozpaść.
– Tchórz – powtórzył, wlepiając w brata przekrwione ślepia. – Albo bezmózg.
– O co ci chodzi?! – Żachnął się Vensen i gwałtownie odtrącił rękę brata.
– O to, że się mądrzysz, chociaż nic nie wiesz, szczeniaku! Daj sobie spokój z tą naiwną maskaradą. Odwaga jest trochę jak stara drabina – stabilna i pewna, dopóki nie wypatrzysz u kogoś nowszej. Gdy w grę wchodzi niedoskonałość, nic nie jest na zawsze. Kiedy znajdziesz własny powód do walki, przyjdź, a ja przyznam ci rację.
– Tobie łatwo mówić, bo tylko tu siedzisz i naprawiasz zegary! Fugle cię nie ganiają, nikt od ciebie niczego nie wymaga ani na ciebie nie liczy! To na moich oczach ludzie…
– Nie chcę tego słuchać – przerwał mu Vihje. – Są ważniejsze rzeczy. Dzisiaj nie ma księżyca.
– Co mnie obchodzi księżyc albo jego brak, kiedy w mieście cisza?! – warknął Vensen. – Nareszcie spokój, można by zniknąć albo coś zmienić…
– Zniknąć albo coś zmienić, powiadasz…? - powtórzył Vihje z namysłem i podszedł do jedynego okna w tym pokoju.
Mimo że pochodnia rzeczywiście nie była daleko – zaledwie na rogu, czyli nie dalej jak dwadzieścia metrów stąd – światła podarowała ich ulicy raczej niewiele. Nawet kiedy stał tak blisko szyby, ciemność była zbyt gęsta, by mógł rozpoznać przechadzających się ludzi. Szkopuł tkwił w tym, że nikt ową ulicą prócz nich raczej nie chadzał, więc byłby to trud
co najmniej zbyteczny.
Zbyt blisko było stamtąd do Mellow Herto. Wystarczyło bowiem przekroczyć próg i niespiesznie ruszyć w prawo, gdzie pochodni nie było. Vihje czasem zastanawiał się, czy w Mellow Herto żyje ktoś, kto pamięta, jak wygląda ich światło. Zawsze odpowiadał sobie, że to niemożliwe, niedorzeczne, nieważne, choć dobrze wiedział, że bardziej oszukać siebie już nie zdoła.
Tam jest ktoś, kto wie nie tylko, jak to światło wygląda… ale również jak smakuje – odpowiadało w nim coś na przekór, a na plecach przybywało kolejnych czarnych kresek.
Z dnia na dzień każda taka myśl zyskiwała siłę tajfunu albo tytana, choć zawsze zdawało się, że to jeszcze bardziej niemożliwe niż wcześniej.
Więcej, więcej i więcej! Wracało więcej szczegółów, by móc do upadłego sycić się jego pamięcią i zadawać ból – tym silniejszy, że spowodowany łamaniem danej przed laty obietnicy. Tym prawdziwszy, że przemieniający obecną od wtedy nadzieję (która przecież powinna po trochu umierać) w pewność. Destrukcyjną, obrzydliwą, zabójczą, a jednak… potrzebną pewność.
Czasami chciał powrotu do tamtych dni, gdy wszystko stało w bezpiecznych, ciepłych płomieniach. Trwało wieczne lato, a jemu, fakt, brakowało męstwa, wolał się rozpłakać.
Ale jak tak o tym pomyśleć… To czy naprawdę wiele się w tej kwestii zmieniło? Szczerze wątpił.
Dlatego patrzył w to okno, chcąc być ciekawym, co ujrzy. Zamiast tego znów stanął tam jako rachityczny, tęskny, zamierzchły mechanizm tkanek i pojedynczych chceń, na dodatek przykuty do przeszłości, jakby był kotwicą, a ona dnem. Żałosne…
I jak tu nie splunąć sobie w twarz, kiedy nie zasługuję nawet na to, żeby być godnym w oczach własnego brata? – pomyślał Vihje, ale szybko do niego dotarło, że to marne usprawiedliwienie. Przecież tak naprawdę – choćby się tego wypierał do świętego wybielenia – czuł się lepszy od Vensena. Bardziej zasługujący na szczęście, bardziej doświadczony i zasłużony, wreszcie – bardziej potrzebny Chalcedonowi… Oczy mógł oszukać, krwi nie – w niej płynęły wyższość i duma.
Nie odwrócił się ani nie zaprosił brata do wspólnego popatrywania w niebo. Sztywniały mu palce, był podenerwowany i strapiony, gdy cichym, wygenerowanym na potrzeby chwili głosem mówił:
– Twoje rozumowanie jest beznadziejnie proste… Ofiarny krzykacz oznacza bohatera, a wątły i cichociemny tchórza. Tymczasem mówisz: „zniknąć albo coś zmienić”. Czy – zgodnie z twoją logiką – to się nie nazywa „uciec albo kolaborować”?
Vihje nie czekał długo na reakcję brata. Kilka sekund później pięści Vensena chrzęściły już w żądnym racji zrywie, a jego szaroniebieskie oczy intensywnie, ale pogardliwie, lśniły, wyposażone w niewypowiedziany wstręt.
– Przez to, że dziadkowie byli tacy jak ty… – syknął jadowicie Vensen. – Czy raczej przez to, że ty jesteś taki jak oni, tego domu nie opuszcza smród przekleństwa i śmierci.
– Myślisz, że gdyby chcieli tak jak ty, to żyliby do tej pory?
– Na pewno dłużej.
– Doprawdy? To coś ci powiem, braciszku… – zaczął Vihje.
Jednym zwinnym ruchem uwolnił się z uścisku narzuconego przez brata. Drugim zaś odwzajemnił mu się tym samym, dodatkowo potwierdzonym potężnym hukiem – efektem ubocznym starcia Vensenowego czoła z wątłą ścianą.
Sposób, w jaki Vihje dowodził, a nawet coś narzucał lub kogoś bił, nie był ani szczególnie władczy, ani bolesny – po prostu irytujący. A wszystko dlatego, że jako oprawca pozostawał nadludzko spokojny i uprzejmy. Nawet teraz – mimo subtelnych śladów gniewu w wejrzeniu – biła od niego braterska troska będąca przyczyną wszystkiego. Wiązała najmocniej, ale nie chodziło o miłość, tylko o żal, jaki pojawiał się zawsze, gdy choćby pomyślało się o zerwaniu tej więzi.
– Popatrz, Vensenie – szepnął mu wprost do ucha, pokazując prawą dłoń.
Młodszy początkowo odwracał wzrok, lecz wkrótce zrozumiał, że każda taka próba skończy się tak samo – coraz dotkliwszym szeptem uderzeń skandującym warunki przyjęcia kary. Zanim jednak łypnął na wierzch dłoni Vihjego (ozdobiony zresztą pierwszym tatuażem, jaki starszy z braci VV wykonał samodzielnie, irysem), pozostawił na ścianie niezgorszą, szkarłatną plamę. Łuk brwiowy chyba nie wytrzymał tempa.
– Dopóki ten znak tu jest, masz być mi bezwarunkowo posłuszny – przypomniał Vihje. – Dobrze mu się przypatrz i zapamiętaj. Nawet jeśli mi się sprzeciwisz i pójdziesz swoją drogą, to cię nie zabiję, chociaż mam takie prawo. Możesz być spokojny. Ale jednego bądź przy tym pewien – jak już będziesz martwy i zaskoczony, że twoja odwaga znaczy tyle samo co mięso armatnie, potraktuję cię tak jak kukułkę, o której mówiłeś…
Gdy skończył, niezwłocznie zwrócił Vensenowi swobodę ruchów i ponownie zbliżył się do szyby. Z tylnej kieszeni spodni wydobył porcyjkę tytoniu (dość dobrego i aromatycznego) owiniętego tanią bibułką i podpalił go od płomienia świecy stojącej na półce po lewo. Wyprodukował te papierosy jakieś trzy miesiące temu, kiedy Vensen przemycał akurat trochę luksusowych towarów do zamku. Oszczędzał je, jak mógł. Zostanie mu ich zatem zaledwie trzynaście. Ale dlaczego w zasadzie wypalił pierwszego? Tego Vensen nie wiedział.
– Miałeś je oszczędzać – przypomniał, a Vihje potwierdził to jednym skinięciem. Tak samo zrobił przy pierwszym. - I miałeś przy mnie nie palić. Wiesz, że tego nienawidzę.
– A ja nienawidzę tego – mruknął Vihje i skinął głową przed siebie.
Vensen musiał nieznacznie zmrużyć oczy, by cokolwiek dostrzec. Wkrótce mu się udało. Barwna strużka dymu z wolna wyrastała znad budynków, by w końcu uformować się w całkiem stabilną, solidną kolumnę.
– Flara… – mruknął Vensen, a Vihje z tym swoim spokojem dodał:
– Ano flara… I to niebieska…
To mogło oznaczać tylko jedno. Razem, choć cicho, odważyli się powiedzieć te słowa na głos: Joker tu jest.
– Ale przecież tak spokojnie było! - przekonywał Vensen. – Może to jakiś durny żart?
– Niebieska flara od Knoxów i głupi żart? W Euphemię nie wierzysz?
– Też fakt… – przyznał Vensen zrezygnowany i ruszył po swoją cienką, szarą kurtkę.
Czarna wciąż była przy Mysiej, u prawie ślepej, ale najtańszej, krawcowej, bo miała dziurę pod prawą pachą. A była cieplejsza!
– Myślisz że…?
– Nie ma wątpliwości – odparł Vihje machinalnie. – Są u Wandy.
– Ciekawe, o co tym razem chodzi.
– Może o haracz jak zwykle?
– Oby tylko o to.
– Oby, oby… – mruknął Vihje, ani trochę nie wierząc w swe słowa.
Za długo się nie pojawiali – pomyślał. – Musi chodzić o coś ważniejszego. Czego tym razem chcesz, Jokerze?
Vensen tymczasem zaklął pod nosem i chwycił za klamkę. Vihje w odpowiedzi oderwał się od rozmyślań i zapewnił:
– Zajrzę do Lauów.
– Taa… Tak zrób.
– Uważaj na siebie.
Vensen wyszedł, a Vihje sięgnął po swój przydługi, czarny płaszcz. Wkładając rękawiczki, pomyślał, że tęskni nie tylko za księżycem, ale też za latem, i z surową miną otworzył porzucone przez brata tomiszcze na pierwszej lepszej stronie. Utwierdziło go to w przekonaniu, że przypadki nie istnieją.
Przed oczami stanął mu obraz babci – radosnej i ciekawej świata. Kobieciny poczciwej i zgarbionej jak wszystkie inne, ale jednak wytrwałej, chętnie uczącej się liter przy przepisywaniu klasycznych dzieł. Wówczas jej siedemdziesiąta siódma wiosna dobiegała końca…
Czy żylibyście do tej pory? - zapytał bezgłośnie, usiłując odpędzić obraz babci – tym razem sinej, obcej, martwej i z wyrazem pretensji zastygłym na twarzy na wieki.
Potem szybko wybiegł z domu, a tomiszcze – dotychczas podtrzymywane przez jego szalenie długie palce – zaczęło ciążyć same sobie. Niedokończone i zdolne marzyć tylko o tym, by w końcu się zatrzasnąć.
Zegar wybił godzinę PP:30, a kukułka zakukała radośnie na widok liter, na jakie trafił Vihje:
Słowa wzlatują, myśl się w prochu grzebie;
Pierwsza strona, pierwsza strona! - irytowała się Havva. Od kpiny huczało jej w głowie, serce zaś gnało w szaleńczym galopie, nie dając szans rozbieganym na wszystkie strony oczom próbującym nadążyć.
Kiedy przeklęła Euphemię po raz sześćsetny w ciągu ostatnich trzech minut, na ulicy pojawił się niski, cherlawy osobnik wystrojony w jaskrawe ciuszki. Jego oczy miały chyba kolor malin. Przepełniał je najszczerszy zachwyt, jaki Havva kiedykolwiek widziała. Chłopiec podskakiwał w najlepsze, podśpiewując coś pod nosem i zupełnie nie zważając na kocie łby ani na to, że w okolicy właśnie mordują i gwałcą.
Widok przykucniętej, przerażonej obdartuski skulonej nad niewielką książeczką, z którą mocowała się od kilku chwil długich jak wieczność jeszcze bardziej go zachwycił. Nie speszył czy zaskoczył – zachwycił!
– …nikt nie słucha – dokończył gorliwie i zapytał Havvę: – Dlaczego masz „Calineczkę”?
Dziewczyna spojrzała na finezyjne, ale dla niej kompletnie nieczytelne, symbole i odparła z wahaniem:
– Dostałam ją…
– W prezencie?
Ładny mi prezent! - warknęła w myślach.
– Tak jakby.
– Od Euphie? - Zainteresował się chłopiec.
Znał Euphemię! Znał ją!
Havva była przekonana, że Euphemia jest w Chalcedonie otoczona jakimś nienormalnym kultem, więc przyznanie się do jakiejkolwiek poufałości będzie równoznaczne z wydaniem na siebie wyroku śmierci lub utraty cnoty. W najlepszym wypadku. Postanowiła nie odpowiadać.
Chłopiec jednak uśmiechał się przyjaźnie. Nie wyglądał, jakby zamierzał zrobić jej krzywdę.
– Euphie musi cię bardzo lubić – ciągnął. – Szkoda cię, bo jesteś całkiem naiwna. Dlatego ci powiem, żebyś uważała – Euphie nie dotrzymuje obietnic. To, że dała ci wydanie z irysem, nic jeszcze nie znaczy… Mnie obiecała, że nie będę za nią tęsknił, i co? Nadal tęsknię i będę tęsknił dalej, dopóki jej tu nie będzie… – zakończył nieco smutniej, ale szybko powrócił do poprzedniego stanu i wesoło zawołał: – Bywaj, Calineczko!
A potem ruszył przed siebie, nie zważając na błagania Havvy pragnącej go tylko poprosić o jakąś wskazówkę. W zasadzie powinna pozwolić mu odejść, ba! – nawet pomóc w ucieczce – ale coś nakazywało jej się troszczyć tylko i wyłącznie o własne życie. Dlaczego miałaby działać wbrew instynktowi?
Piosenka, którą chłopiec podśpiewywał pod nosem, odszczekując w ten sposób kolejne obojętne kroki, napawała ją przerażeniem. Miała wrażenie, że to tylko zły sen. Jakież to typowe! Chciała wrzasnąć, ile tchu w płucach, żeby dzieciak się uciszył. I nawet miała to zrobić, ale wtem coś jej się przypomniało. Ta myśl wzięła górę nad dotychczasowym oszołomieniem
i w jednej chwili całkowicie nią zawładnęła.
– Czekaj! Czy ty nie jesteś przypadkiem…? – zaczęła, ale nie dane jej było skończyć, gdyż czyjaś silna dłoń zamknęła jej usta, a mocny głos odparł:
– Bezmyślna i brudna? O tak, jesteś.
Nim Havva zdążyła zaprotestować i podjąć próbę samoobrony, druga silna dłoń nacisnęła symbol irysa na okładce, a książeczka natychmiast się otworzyła.
Pierwsza strona! – pomyślała Havva z przestrachem. – Oni czytają od tyłu!
Mężczyzna nie zgłębiał jednak treści książeczki – zapewne znał ją już na pamięć.Wyjął ze środka maleńką fiolkę z niebieskim pyłkiem i roztrzaskał ją o ziemię.
Tymczasem chłopiec o zachwyconych oczach wdrapał się na najwyższy dach w okolicy i – posławszy papierowy samolot w powietrze – przyglądał się flarze wynurzającej się z nicości, nucąc w najlepsze swoją piosenkę:
Pada deszcz, pada deszcz,
Śmieje się kostucha,
Ale jej, ale jej
Nikt w świecie nie słucha.
Pada śnieg, pada śnieg,
Płaczą dziś anioły,
Bo ich Pan, bo ich Pan
Zmienił świat w popioły!
_________________
Wyjaśnienia słów zaznaczonych na fioletowo znajdują się w Słowniku.
* „Hamlet” (A. III, s. 3) – W. Shakespeare; tłum. J. Paszkowski).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz