– Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem – rzekła Havva, siląc się jeszcze na uprzejmości. – Chce mi pani powiedzieć, że Euphemia mnie okłamuje?
Sevryna nie odpowiedziała, tylko mocniej zacisnęła silne, w zasadzie prawie męskie, dłonie na dzbanku i dolała wody do wazonu, w którym stały białe lilie. Samo patrzenie na nie sprawiało, że Havva zaczynała się czuć jak na własnym pogrzebie.
– Nie bardzo mnie to dziwi – mruknęła po chwili Vidrovówna. – Żadna z nas nie była szczera.
Odstawiwszy na stolik dzbanek, który zdawał się być nieodłącznym elementem jej wizerunku, Sevryna podeszła do Havvy i przyjrzała się nadgarstkom dziewczyny.
– Co on ci zrobił, dziecino… – westchnęła i uśmiechnęła się pocieszająco, nim na chwilę zupełnie zniknęła Havvie z pola widzenia.
– Nie jest tak źle. – Usłyszała przysadzista gospodyni do złudzenia przypominająca ropuchę, gdy po kilku minutach wróciła do izby z kubkiem intensywnie parującego, zielonkawego naparu, który wręczyła Havvie, ostrzegłszy ją wcześniej, że jest gorący. – Gdybym się nie szarpała, nie byłoby nawet śladu, a tak… Skończy się na paru siniakach, nic więcej.
– Każdy by się szarpał, jakby go pierwszy lepszy szmaciarz zgarnął z ulicy i nie wiadomo gdzie przytachał.
Havva rozciągnęła wargi w nieokreślonym grymasie na znak, że Sevryna pewnie ma rację. Chwilę potem skłonna była samotnie wyruszyć na poszukiwanie jakiegoś tępego narzędzia, które mogłaby wręczyć gospodyni, żeby ukarała ją za tę niebywale niewytłumaczalną bezmyślność sprzed zaledwie kilkunastu (a może już kilkudziesięciu?) minut i parenastu (a może i parudziesięciu?) dni.
Dałam popis, nie ma co – zaśmiała się w myślach Havva. Gorzko i histerycznie, żeby jak najwierniej oddać pogardę, jaką wobec siebie żywiła. – Brakowało tylko tego, żebym zaczęła przy nim płakać albo narzekać na korki w Nowym Jorku. A najlepiej jedno i drugie.
Nie wiedzieć dlaczego, na samą myśl o mieście pozbawionym czasu, robiło jej się smutno. Choć żadna z niej była patriotka, tęskniła. I choć żadna z niej była kochanka czy powiernica, pragnęła poznać wszystkie sekrety tego miasta i zostać w nim już na zawsze. Żadna z niej była również anielica, a mimo to potrzebowała skrzydeł, by móc tam natychmiast wrócić.
Ale dobrze wiedziała, że to niemożliwe.
Bo iluzja, która nikogo nie obchodziła, miała trwać. I kiedy wszystko było już na dobrej drodze, znalazł się ktoś, kto swoim pojawieniem się pokazał kawałek przestrzeni, która zdawała się dla Havvy nigdy nie istnieć, tak bardzo była poza jej zasięgiem.
Ona chciała się tylko dowiedzieć, czy może stać się jej częścią.
– Dlaczego dałaś jej się tu przyprowadzić, dziecino? – zapytała Sevryna, jakby czytała Havvie w myślach i nic z nich nie rozumiała. – Toć to co najmniej piekło!
– Przepraszam, a które piętro? – zakpiła Vidrovówna, ale gospodyni albo tej kpiny nie doceniła, albo po prostu nie zrozumiała.
Dlatego też dziewczyna szybko się zreflektowała i pociągnęła łyk napoju, zamiast mówić na siłę.
– I jak? – zainteresowała się siedząca tuż obok gospodyni.
– Śmierdzi jak cholera i nie ma smaku, ale rozgrzewa. A to, zdaje się, najważniejsze.
– Kiedyś mówili na to Feiera – poinformowała Sevryna a kolejny łyk odruchowo stanął Havvie w gardle, mimo że nie miała pojęcia, co to słowo oznacza. – Nie mam pojęcia, skąd nazwa, skoro to z szałwii jest.
Vidrovówna chyba mogła odetchnąć z ulgą.
– Mówiła ci ona coś o Chalcedonie? – mruknęła Sevryna, a Havva przecząco pokręciła głową. – Ech… Paskudne miejsce, chociaż kiedyś ponoć tak nie było.
– Pani jest stąd, tak?
– Jak się tu urodzisz, to i tu zdechniesz, dziecino. Mało komu udaje się nos poza Chalcedon wytknąć. Trzeba być przyjezdnym.
– Tak jak Euphemia?
Sevryna wzdrygnęła się na dźwięk tego imienia, by zaraz potem spojrzeć na Havvę tak, jakby dziewczyna już do reszty zwariowała.
– Nawet w tym cię okłamała, dziecino? Chociaż… Może o tym faktycznie nie wolno jej rozpowiadać, chwalić się w sumie nie ma czym… – mruknęła pod nosem Sevryna i szybko zmieniła temat: – Na samiuteńkim początku to tu się osiedlali sami bogacze – głównie bankierzy i handlarze, wszyscy z półświatka. Ale jak upadł Napoleon, to i oni jakoś pognili. Wszystko albo powymierało, albo powynosiło się daleko stąd. Ponoć przez kilkadziesiąt lat miasto stało puściutkie jak ten, proszę ja tego, naszykowany grób, dziecino. Nawet jednego szczura nie było, bo i czego miałby szukać? Jedzenia?
Jak się zaczęły kolejne problemy, to się paniątkom raptem przypomniało, że ktoś tu kiedyś coś pobudował i zaczęli zsyłać do Chalcedonu najróżniejszych rozbójników. Znowu pootwierali kopalnie nieopodal; szczególnie ta w Virče się zaczęła opłacać. A w samym Chalcedonie tylko dziwki rozpłodowe się szwendały, tyle tu było! – Sevryna splunęła teatralnie na podłogę. Minę miała przy tym tak nadąsaną, że Havva z trudem powstrzymała wybuch śmiechu. – Ludzi przybywało, a warunki tragiczne. Toż to było getto!
– Nikt wam nie pomógł? – zapytała Havva, opanowawszy rozbawienie. Starała się nieco stłumić nagłe – nieco przesadne – ale szczere zainteresowanie, od którego nieznacznie zarumieniły jej się policzki.
– Pomógł, pewno, że pomógł! Dziecino, sam ojczulek watykański i paniątka z samiuśkiej Europy! Ja ci powiem jedno… Pojęcia o tych ładnych nazwach nie mam, ale nie znam w Chalcedonie ani jednego człowieka, który nazwie ten czas inaczej niż „Golgota”.
– Golgota? – powtórzyła Havva, niepewnie zerkając przy tym na Sevrynę.
– Ano Golgota, Golgota… Wody ponoć brakowało, to pili, co popadnie. Najwięcej było krwi, to i ona się zdała. Ale tylko na jakiś czas, toż to jak wampiry jakie! Widzisz, dziecino, to jest tak, że ludzie mówią dużo, ale wszyscy jednym głosem – kiedy do Chalcedonu przyszedł Bóg, a ludzie wznieśli się w powietrze, nastała ciemność. Nieprzerwana, bezkresna ciemność…
Sevryna odwróciła głowę i wbiła otępiały wzrok w podłogę. Choć nie miała wpływu na to, jak układały się początkowe losy Chalcedonu, nie mogła zrozumieć, dlaczego ktoś pozbawił ich nieba.
Miała dwóch synów, którzy w zasadzie nigdy nie widzieli gwiazd. Nigdy nie pytała ich, czy chcieliby je zobaczyć, ale w końcu była matką – umiała wyczuć, czego potrzebują, i wiedziała, jak się o nich zatroszczyć. Sevryna zatem nie dała sobie wpoić, że te nędzne, migotliwe kamienie powtykane w czerń sufitu można nazwać gwiazdami. Maleńki kawałek bezkresu (sąsiadujący na dodatek z Mellow Herto, które było większe, niż przypuszczano) nie wystarczał – bo niby gdzie w nim miejsce na pojedyncze zachcianki jakiejś tam Sevryny?
Szkopuł tkwi w tym, że ludzie potrafią chodzić. Tyle że jedni drepczą w nieznane, a drudzy ustępują im miejsca.
– Nie wiem, kim jest Bóg – szczerze przyznała Havva. – Dla mnie nigdy nie istniał, nie miałam na niego czasu. I nie chcę tego zmieniać. Ale… Ciekawa jestem, co było potem – dodała innym, jakby ożywionym, tonem – kiedy już ciemność na dobre się tu rozgościła.
– Sama nie wiem, czy coś dobrego, czy zupełnie nic, dziecino. Ludzie zbudowali zamek na wzgórzu i cztery wieże w środku miasta, powstało podziemie, zaczęły się rządy Trostu. I co z tego? Nazwa bezpieczna, ale ludzie zbyt różni, żeby się zgodzić. Na pewien – podobno nawet długi – czas zapanował spokój, jeśli tak można go nazwać.
Ale potem zaczęły się powstania – najpierw Ametyst, potem Apatyt, w końcu Akwamaryn i Szkarłat. Dwa pierwsze szybko upadły, trzeciego nigdy nie dokończono. Niby Szkarłat miał być wielkim zwycięstwem, ale pojawił się Joker i wszystko w łeb wzięło… Przepadło. Tak po prostu, z dnia na dzień, jak tylko jakiś obcy pomiot postawił w Chalcedonie nogę…! – Sevryna pewnie mówiłaby dalej, ale wzburzenie zupełnie zdławiło jej głos i zablokowało obciążone nadmiarem kłamstw gardło. Porażka bolała za bardzo.
Havva mimowolnie zaczęła drżeć. Dlaczego sam dźwięk tego imienia budził w niej tyle rozmaitych, dotychczas w najlepsze drzemiących, emocji, skoro sam Joker nie wiedział nawet o jej istnieniu?
Podświadomie czuła, że powód, dla którego nie chciałaby się natknąć na tego człowieka, jest ukryty gdzieś głębiej niż tylko pod połaciami tłustej skóry, w jaką owinięto te wszystkie niejasne wzmianki na jego temat.
Długo milczała, co w pewnym momencie przestało się podobać gospodyni. Widocznie uznała to za przejaw jakiejś zupełnie niezasłużonej lojalności względem Euphemii. Dlatego też postanowiła szybko pozbawić Vidrovównę złudzeń:
– Ile ona mogła wtedy mieć lat? – zastanowiła się. Wypowiedzenie imienia Czarownicy było dla niej równie przyjemne, co plucie sobie kwasem w oczy. – Z trzynaście? O, byle tylko! Pewno, że nie więcej. Westowie – znaczy się ich rodzice –walczyli. Chociaż się zaklinali w imię Boga i wszystkich diabłów, każden jeden wiedział, że działają w Róży i za Różę poszli walczyć. A właściwie mieli pójść…
– To znaczy?
– Pożarli się.
– Ale kto?! – zirytowała się Havva. Sevryna zdawała się zupełnie nie pamiętać o tym, że panna Vidrov nie jest z Chalcedonu.
– Powstańcy. Oni popełnili tylko jeden błąd, ale za to tragiczny w skutkach – nie zrobili się jednym. Nadal siedzieli w tych swoich małych, spiskujących grupkach, które na dodatek nie mogły się zgodzić, o co w zasadzie chcą walczyć.
Irys i Dalia, dwie największe bandy, zmówili się przeciwko Róży. Podczas powstania zamiast walczyć razem z resztą, wyrżnęli wszystkich jej członków. Westów też. Mało tego – padli jako pierwsi z Różan, na dodatek zupełnie z zaskoczenia.
– Dla nich musiała to być hańba – stwierdziła Havva, usilnie próbując sobie wyobrazić, jak to jest zostać zdradzonym przez wieloletnich towarzyszy i na dodatek umrzeć jako najsłabszy. Nie udało jej się to.
– Oj, była. Chociaż dla ich dzieci większa – ich rodzice mogli być bohaterami, a tak to… Ech, szkoda gadać. Ale przynajmniej wiadomo, że Westowie nie poszli pod nóż na marne.
– Zostali zdradzeni – nie powiedziałabym, że to sprawiedliwe.
– Nie, dziecino – odparła Sevryna z nagłym rozbawieniem. – Nie zostali zdradzeni, tylko osądzeni. To Westowie zrobili Szkarłatników w konia. A właściwie próbowali…
– Mówiła pani, że…
– Że Irys i Dalia się zmówili przeciwko Róży. Mówiłam, dziecino, mówiłam. Róża była malutka, raptem piętnaście osób i trochę dzieci. Co to miało być w porównaniu z ogromnym Irysem i nieco mniejszą Dalia?
– Róża musiała chcieć czegoś, czego tamte dwie bandy nie chciały jej dać. Przynajmniej tak mi się wydaje – powiedziała Havva. – Czego więc chciała?
– Wolności – odparła Sevryna głosem ściszonym, ochrypłym i dziwnie tajemniczym.
– Przecież wszyscy walczyli o wolność – Irys, Dalia, Róża i cała reszta – mruknęła Havva, ale z tonu na ton jej sztuczna pewność słabła, aż w końcu wyrosła na prawdziwą wątpliwość zdolną płodzić kolejne domysły. – Chyba że…
– Właśnie tak, dziecino…
Sevryna gapiła się na Vidrovównę tak, jakby gdzieś za jej plecami walił się właśnie świat, a ona – jedna z wielu bardzo plastycznych Havv, jakie powstały – trwała obojętna, a jednocześnie głęboko wzruszona pewną kruchością, która wyzwala w człowieku najbardziej prymitywne instynkty i nadzieje.
W Havvie tkwiło jeszcze wiele tajemnic, o których sama nic nie wiedziała. Sevryna zaś potrafiła je znaleźć. Na dodatek miała w sobie instynkt nakazujący jej nazywać własnym każdy, nawet ten najdrobniejszy, szczegół skłonny się przydać. Z Havvy mogli być jeszcze ludzie i należało to wykorzystać. Dlatego postanowiła powiedzieć jej całą prawdę.
– Oni walczyli o wolność Chalcedonu, dziecino, a Róża chciała z niego uciekać.
Raptem piętnaście osób i trochę dzieci.
– Zostawić przyjaciół, sąsiadów, powody i uciec? Tak po prostu? Wykorzystać okazję i…
Havva pobladła.
Czy ona nie zrobiła tego samego, kiedy Euphemia przekroczyła próg karczmy?
– Westowie mieli dowodzić ucieczką, prawda? – Dlatego ich pierwszych zabili? – Upewniła się Havva, nim mocniej zaplotła skostniałe, zimne palce na glinianym kubku.
Sevryna wydała z siebie cichy odgłos satysfakcji. Tak… Nie wolno jej było zmarnować ani tej dziewczyny, ani wiedzy, jaką o niej posiadła.
– Może by im się to nawet udało, gdyby nie Joker – zaczęła przysadzista gospodyni głosem i wyglądem przypominająca ropuchę, podczas gdy Havva niespokojnie wertowała własne myśli. – Plan mieli naprawdę porządny: wykorzystać najsłabsze ogniwo Trostu do przerwania obrad, zmusić rząd do samorozwiązania, a potem stopniowo zdobywać miasto, jeśli w ogóle by się pojawił ktoś, kto by chciał ich powstrzymywać. Nawet ci, co w żadnych grupach nie byli, by im przecież pomogli.
Ale Joker przechytrzył wszystkich. Wiesz, co zrobił, dziecino? Skłócił ich. Róża była przecież malutka, ale bardzo serdeczna, brali każdego, bo ludzi potrzebowali. Więc wpuścił między nich swojego szczura, a ten doniósł innym bandom, co planują Westowie i ich ludzie. Świadomość, że o inną wolność przyjdzie im walczyć, odebrała im nadzieję. Tam, gdzie rozum, dziecino, nie ma miejsca na pocieszenie – dlatego Trost przegrywał.
A kiedy powstańcy nawzajem się wybijali, Joker rozgramiał pozostawione do powstania oddziały i dręczył cywilów. Na ile oni sposobów nie zabijali, dziecino… Ja tego nie zliczę. Na koniec podpalił miasto wiecznym ogniem. Rozumiesz, dziecino? Wiecznym ogniem! Jedynym, który wygrywał z ciemnością, co została po Golgocie!
Havva domyśliła się, że dziwne latarnie oświetlające uliczki kiedyś mogły wyglądać zupełnie inaczej, a ogień płonący wewnątrz nich mógł być tym wiecznym.
Tak więc Joker zniszczył mieszkańców ich ostatnią nadzieją – podsumowała bezgłośnie.
Wrzało w niej. Wrzało w niej tak bardzo, że omal nie zacisnęła pięści i nie obmyśliła najgorszej tortury dla tej bestii. Wrzało w niej. Tak bardzo, że miała ochotę umrzeć za tych, których skrzywdził. Przecież oni mieli rodziny! To ci, którzy przeżyli, patrzyli na to do dziś, cierpieli nawet mocniej niż wtedy… Wrzało w niej. Tak bardzo, że gdyby przed nią stanął… No właśnie. Gdyby przed nią stanął, to co by zrobiła? Przecież to nie była jej walka. A poza tym Joker musiał być kimś na swój sposób niesamowitym, skoro wygrał to starcie. Co ona – ta jedna z wielu powstałych Havv – mogła mu zrobić?
Otóż to – zupełnie nic.
Kim jesteś, Jokerze? – zapytała własnych myśli, nie wiedząc jeszcze, że wkrótce odpowiedź, której oczekiwała, może zabrzmieć jak błogosławieństwo. – Kim ty, do diabła, jesteś?
– Dziecino, mówię ci – nigdy nie było tu więcej śmierci niż w Szkarłacie.
– Nawet podczas Golgoty?
– Podobno. Ludzie mówią, że wtenczas Bóg do Chalcedonu wszedł ale jak nastał miesiąc krwi, Szkarłat, to uciekł przed Jokerem.
– Płochliwy ten wasz Bóg – prychnęła Havva z niejaką kpiną. – Przestraszył się jakiegoś przestępcy?
Bóg, na którego ludzie wówczas liczyli najmocniej, uciekł przed Jokerem. Zatem należało się śmiać czy raczej płakać?
– Przestępcy albo i nie – gdybyśmy to tylko wiedzieli! – zawołała Sevryna i boleśnie uderzyła wielkimi dłońmi o spróchniałe kolana. – O Jokerze wiadomo tyle, ile sam nam pokazał. Nie wiadomo, skąd i po co tu przybył, ale pewne jest, że Trost mu na to panoszenie się z jakiegoś powodu pozwala. Jego ludzie rabują, gwałcą, grożą, a jak zechcą, to i palą całe dzielnice. Pełno ich w mieście – część w Mellow Herto, część w VON FUDOGE.
– Co to jest VON FUDOGE? – zapytała Havva, a Sevryna spojrzała na nią z niedowierzaniem.
– Boże przenajświętszy, dziecino… Poszłabyś na śmierć i nawet nie wiedziała dokąd… – westchnęła, a potem wyjaśniła: – VON, FU, DO i GE to wieże. Na pewno je widziałaś, kiedy wchodziłaś do miasta.
– Nie zwróciłam uwagi – szczerze przyznała Havva. – Po co ludzie Jokera mieszkają w wieżach? Za mało domów tu macie czy jak?
Chropowaty i donośny śmiech Sevryny wypełnił zimną izbę po brzegi.
– Dziecino kochana, ktoś tych wież musi przecież pilnować! Drzwi zamurowali wieki temu, do środka można się zatem dostać tylko od góry – przez włazy albo nieprzeszklone okienka. Dlatego ludzie nauczyli się latać. Zapytasz pewnie, po co tam wchodzić, dziecino. Ano po to, żeby móc zejść do prawdziwego podziemia – tego, które jest pod nami. To tam siedzi Joker. A VON FUDOGE to jedyna droga, jaką można się tam dostać.
Havva przez chwilę rozmyślała nad tym, co mówi Sevryna. Jeden człowiek, na dodatek siedzący głęboko pod ziemią, miałby siać taki terror w małej, nieznanej nikomu mieścinie?
Jeśli ten Joker faktycznie istnieje – myślała Havva, bo już nie była tego taka pewna, a lęk nieco się zachwiał – to po co walczy? Jak ważne musi mieć powody, żeby, nie licząc na korzyści, narażać się ludziom i ich bogu?
Z tym miastem od początku było coś nie tak. Jednak każda kolejna chwila rozbudzała w Havvie pewną żarliwą ciekawość, zamiast po trochu ją zabijać.
Ale iluzja… Czyż ona nie musiała trwać?
– Nie rozumiem wielu rzeczy – zaczęła Havva odmienionym głosem, który nieco ożywił Sevrynę. Ton Vidrovówny był bowiem pewniejszy i mniej uśpiony, lecz przede wszystkim do bólu odległy i nieprzewidywalny. – Ale najbardziej tych dwóch: skąd pani to wszystko wie i dlaczego mi pani to mówi?
– Widzisz, dziecino… Trochę słyszałam, trochę sama przeżyłam – odrzekła Sevryna. – Chcę ci pomóc.
– W czym? – warknęła Havva, cisnąwszy glinianym kubkiem o podłogę i zerwawszy się z miejsca. – Powiedziała pani, że poszłabym na śmierć, nie wiedząc nawet dokąd. A wcześniej mówiła pani jeszcze, że Westowie nie poszli pod nóż na marne. Nie chodziło tylko o zdradę, prawda?
Sevryna uśmiechnęła się pod nosem. Spryt tej dziewczyny chyba nieco ją przerósł. To mogło oznaczać tylko jedno – nie pomyliła się co do tego, z kim rozmawia.
– Masz niebywałe przeczucie, dziecino – pochwaliła gospodyni. – I rację. Bo rzeczywiście nie chodziło tylko o zdradę. – Westchnęła ciężko, przygotowując się do wyjawienia Havvie prawdy skupionej na przetrwaniu, a nie jakiejś tam idei.
Iluzja musiała trwać za wszelką cenę – nikt nie wiedział o tym lepiej niż one.
– Ona ma brata – wycedziła Sevryna przez zęby – a na dodatek od małego chce uciekać z miasta, zupełnie jak matka i ojciec. Z chalcedońskim obywatelstwem daleko by nie zaszła, więc musiała wymyślić coś, co pozwoli jej się go pozbyć. Trost, nasz rząd, może pozbawiać obywatelstwa, jeśli ma w tym jakiś interes.
– Jaki miał w przypadku Euphemii?
– Jej brata. Nie wiem, dziecino, dlaczego. Ale prawda jest taka, że Trost zaoferował jej wymianę – brak obywatelstwa za brata. Westówna go przehandlowała, dziecino. Własnego brata Trostowi sprzedała… A ten oddał go Jokerowi.
Havvę zalała fala gorąca. Spuściła wzrok, niezdolna myśleć o czymś konkretnym. Nie trwało to jednak długo, gdyż do chalcedońskiej gry szybko przyłączył się egoizm. Nawet on nie potrafił logicznie wytłumaczyć roli Havvy Vidrov w tym wszystkim.
– Ale co mnie do tego? – spytała dziewczyna mimowolnie drżącym głosem. – Dlaczego mam umierać w VON FUDOGE?
– Widzisz, dziecino… Handel z Trostem ma o wiele więcej ciemnych stron. Rząd organizuje wyprawy do Sorcasu**** – podziemia, w którym ukrywa się Joker. Brakuje ludzi – i tych wyszkolonych, i na przynętę. A Westówna żeby utrzymać swoją swobodę, dostarcza tych drugich na potęgę. Możesz mi wierzyć lub nie, ale ciężko zliczyć, ile takich jak ty już tu przyprowadziła. Widzisz, dziecino – chyba masz być mięsem armatnim, które polegnie w drodze do Sorcasu – wycharczała na koniec Sevryna i uważnie przyjrzała się swojej słodkiej dziecinie.
Bóg uciekł… – pomyślała Havva i zamknęła oczy, by może po raz ostatni przypomnieć sobie nowojorskie wieże. Jakieś takie dziwnie dalekie.
_________________
Wyjaśnienia słów zaznaczonych na fioletowo znajdują się w Słowniku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz