– Pochmurno dziś… – westchnęła Haga jakoś tak żałośnie i tęsknie.
– Pochmurno? – prychnął złośliwie Amsterdam i osmalił towarzystwo gęstym dymem z kominów. – Ciemno jak w grobie! Tylko czekać, aż Hades wstanie z martwych i zatrzaśnie nam nad dachami swoje bramy.
– Przestań! – lękliwie zawołała jego małżonka Antwerpia i potoczyła wzrokiem po wszystkich zebranych. Nie podzielali jej obaw, mimo że Watykan siedział tak blisko i popatrywał na nich ze swoim świetlistym uśmieszkiem. – Niebiosa czuwają – dodała zakłopotana Antwerpia. – Jesteśmy bezpieczni.
– Niebiosa, niebiosa! – kpił Wiedeń w najlepsze, a Amsterdam wyraźnie mu na to pozwalał. – Co nam po niebiosach, kiedy ziemie grząskie?
– Jakbyś nie wiedział! – Żachnął się Lwów prześmiewczo. – Nieważne, czy anioł biały, czy czarny, baby zawsze łakną skrzydeł!
– Szkoda, Lwowie, że jesteś zbyt dostojny, żeby spojrzeć pod nogi – mruknęła Sofia.
Sofia… Taka piękna, dumna, błoga i wyraźnie rozsmakowana w słodkich oparach wakacyjnych ognisk… Było jej szczególnie przyjemnie, gdyż Zagrzeb na samym początku spotkania ofiarował wszystkim ogromne puchary napełnione po brzegi wodą turkusową
od marzeń. Ciecz przyjemnie wibrowała w przełyku i podsycała słowa, których być może nigdy nie odważyliby się wypowiedzieć na głos, gdyby nie to, że noc była piękna – niepełna, rozjuszona, bezgwiezdna. I ciepła.
– Gdybyś to zrobił – ciągnęła Sofia powoli, ale dumnie – dostrzegłbyś, że ktoś spętał ci stopy głupotą i otarł je do krwi. Podobno w ten sposób najłatwiej się tą głupotą zarazić.
– Skąd tyle o tym wiesz, Sofio? – zarechotał obronnie Amsterdam. – Czyżby autopsja?
– Nie trzeba być oficjalną metresą, żeby być kobietą. Wystarczy mieć wdzięk.
Wszystkie oczy automatycznie utkwiono w zdezorientowanej Warszawie. Płonąć ze wstydu czy blednąć dla narodowej barwy? Rościć nadzieje czy słuchać zamiarów? Cóż miała robić z własnym pragnieniem bycia spełnioną, podczas gdy wszystko, co miała, to bycie zgwałconą?
– Tak czy inaczej… – mówiła wciąż Sofia. – Co się stało, to się nie odstanie. Biały anioł czy czarny? A cóż to za różnica! Wszystkie anioły zwiastują śmierć. Spytajcie tylko
Tokio… – Potoczyła ciemnymi oczami po wszystkich zebranych, ale Tokio wśród nich
nie odnalazła. – Gdy się tylko pojawi.
– Pochmurno dziś, prawda, ale czy to jest powód, dla którego nie jesteśmy w komplecie? – Zastanowiła się Wenecja.
– Wenecjo, moja słodka pani – zaczął Paryż poetycko. – Co się stanie? Co się stanie z nami? Tęsknoty spragnieni, domysłem smagani… Co się stanie? Co się stanie z nami?
– Dajże już spokój! – uciął Berlin. – Tandetna ta twoja poezja. Po co ty dajesz tym artystom u siebie mieszkać, skoro nijak się nie rozwijasz?
– Pewnie byś wolał pomówić o polityce, Berlinie – podsunął Buda.
– Wolałby, pewnie, że by wolał! – podchwyciło Berno. – Ale nie z tobą!
Peszt wybuchnął śmiechem zdolnym przeciąć niebo na milion kawałków, Buda zaś krzyknął coś niezrozumiałego, co jednak nie przyćmiło rozbawienia jego najbliższego sąsiada.
Znad swojej herbaty przyjrzał im się Londyn. W przeciwieństwie do cichutkiego Rzymu nie był zainteresowany polityczną dysputą z Berlinem. Ów Rzym zaś – w przeciwieństwie do Londynu – nie był przez Berlin traktowany jako odpowiedni partner do takiej rozmowy. Historia pokazała, co sądzi o Mieście na Siedmiu Wzgórzach. Mało tego – spaliła jego dzieje, zdeptała pogorzelisko i wszelkim kontaktom nadała wymiar całkowicie grzecznościowy.
Tak czy inaczej, zapadło milczenie. Dość długie i ciężkie, od czasu do czasu poprzerywane tylko przytłumionymi oddechami Sztokholmu i Rygi.
Londyn wrócił pamięcią do pewnego ciepłego wiosennego dnia. Wtedy jeszcze istniała Atlantyda, choć nikt o tym od dawna nie pamiętał.
Spotkali się tylko we dwoje, w sadzie pełnym avalońskich jabłoni. Słońce przypomniało sobie o morzu, a ono z radości zmąciło swą toń, zmuszając ptaki do patrolowania brzegu, na który w każdej chwili mogło wypłynąć coś ciekawego. Przy odrobinie szczęścia nawet błyszczącego.
– Ukryłam się na te wszystkie lata – mówiła wówczas Atlantyda, a ciepły wiatr z zachodu akurat w najlepsze rozwiewał jej srebrne włosy, rozsiewając ich piękną woń na cały świat, by choć na chwilę zapanował pokój. Efektem było, jak się potem okazało, totalne ogłuszenie i anarchia, której skutki łamały ich w kościach do dziś. – Ukryłam się, bo liczyłam, że ktoś mnie odnajdzie. Należeć – to taka piękna potrzeba… Wiesz, mój drogi Londynie… Ze wszystkich władców świata najszczęśliwszym jest ten, który ma potężny zamek otoczony ogrodem pełnym bzu. Bo nawet jeśli nie zna wolności, a szczęścia nikt nie zapisał mu w darze, gdy anioły jeszcze spadały na ziemię, to ma przynajmniej ten piękny zapach, jaki pozwala mu przenieść się w dal. Ciemną i daleką, co prawda, ale taką, w której nie zna go nikt – a w szczególności on sam. Wyobrażasz sobie, jakie to może być piękne uczucie?
– Zapewne przesycone wolnością. Ale też ulotne.
– Wszystko, co ulotne, jest racjonalne. Dopóki nie planujesz, jak długo coś potrwa, wszystko pozostaje tu. – Wskazała na swą piękną głowę. Twarz zdobiły jej wielkie oczy w kolorze maków. – Pod warunkiem, że chcesz to przy sobie zatrzymać. Nieważne,
w jaki sposób i na jak długo – tak po prostu, z potrzeby serca.
Zamilkła na chwilę. Potem wzięła głęboki oddech i mówiła dalej:
– Wiesz może o Sztokholmie i Rydze? Ach, jak oni się kochali! Oddałabym całe moje srebro, by tylko mogli być razem! Niestety, matka bardzo dobrze mnie pilnuje, to mój posag. Tyle tylko, że ja, mój cichy Londynie, już znam swoje przeznaczenie. I nieważne, gdzie się przed nim skryję, ono mnie dopadnie. Utonę, a wraz ze mną szczęście, którego się wyrzekłam przez strach. Zupełnie mnie okiełznał, poddałam mu się. To takie wygodne, czyż nie? Oddaję się strachowi, bojąc się własnej niedoskonałości, choć wystarczyłoby po prostu przytulić to, że mogę być szczęśliwa! Wtedy… – Zamarła na chwilę, a jej oczy zmieniły barwę. Były teraz takie jak płatki róż przebudzone dotykiem rosy: bladoróżowe i miękkie, jakby miały skruszyć się w dłoniach przy najdrobniejszym ruchu palców. – Wtedy… Ach, wtedy, do diabła, przeznaczenie przestałoby istnieć! Ale… czy ono jako jedyne nie trzyma w ryzach chaosu?
– Myślę, że jedyną, która trzyma kogoś w ryzach, jest Kopenhaga – wtrącił Londyn. – Zastraszyła twoją matkę.
– To prawda – przyznała Atlantyda powoli, przygryzając ciężką od srebra wargę. – Kocha swojego męża i nie może znieść myśli, że on woli inną. Biedna Ryga… Ileż ona się przez Kopenhagę wycierpi… Widzisz, mój miły Londynie, ona jest taka jak ja… Zupełnie inna, niepasująca do ciasnych ram, w jakie na siłę wcisnął się świat. Czy to złe?
– Ona? – Zdziwił się Londyn. – Ale która ona – Kopenhaga czy Ryga?
Odpowiedzi nie usłyszał.
Gdy zakończyli rozmowę, Atlantyda ponownie zniknęła. Na długo. Kto wie…? Może dziś naprawdę jej już nie było? Może przeznaczenie wygrało?
Czy to złe? – powtórzył Londyn w ślad za Atlantydą w swojej niedawnej rozmowie z miastami, których dziś na zebraniu nie było. – Czy to złe?
– Nie sądzę – odparł Nowy Jork, a Tokio dodało:
– Kto wie…? Może w taki sposób dostąpią cudów… Dajmy im szansę.
A potem wszyscy spojrzeli w dół, na Ziemię, gdzie ludzie gubili się dobrowolnie, licząc, że to, co przyniesie im świt, nareszcie będzie bezpieczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz