![]() |
| Wyjaśnienia słów zaznaczonych na fioletowo znajdują się w Słowniku. |
MUZYKA
Nadine raz jeszcze spojrzała w lustro. Czarne oczy lśniły, a usta uśmiechały się radośnie, jakby wbrew wszystkim, którzy dziś modlili się o szybką, możliwie najmniej bolesną śmierć. Przeczesała palcami włosy w tym samym kolorze co tęczówki i ze zdziwieniem stwierdziła, że znacznie urosły. Sięgały już do połowy pleców i sprawiały nie lada trudność, gdy gwałtowny wiatr nabierał ochoty na zabawę z nimi. Potem przyjrzała się swej kwiecistej sukience – całkiem ładnie pokryła naznaczoną bielactwem skórę na dekolcie i brzuchu.
Dziewczyna wyglądała naprawdę pięknie, tylko nie chciała tego przyznać. Bo była nieprzyzwoicie szczęśliwa jak na ten dzień – pierwszego sierpnia roku XY99, kiedy to w Chalcedonie nieoficjalnie mówiło się o strachu i nieśmiertelnej śmiertelności – tej samej, która nagle stała się dziwnie doskonała i mniej zaskakująca.
– Dziś kompasem będzie Diament. A jutro, do którego nas poprowadzi, będzie tym wspaniałym – szepnęła Nadine tak, jak szeptali wszyscy, odkąd postanowiono o wybuchu powstania i nazwaniu go „Diament”.
Potem ostatni raz poprawiła fryzurę i wyszła z łazienki, by skierować się prosto do biblioteki, która tego popołudnia w ogóle siebie nie przypominała. Większość zbiorów przeniesiono, a solidne regały zamieniono na praktyczne, zajmujące niewiele miejsca półki. Uginały się one pod ciężarem atlasów geograficznych, poradników taktycznych i podręczników traktujących o logice oraz historii. Obok dumnie prężyły się stojaki z mapami i wskaźnikami niemogącymi znaleźć tej jedynej, najlepszej drogi. Ciszę zaś zastąpił gwar – zaskakująco gęsty i pachnący nadal żywymi, poruszonymi ludźmi, którzy nie zwracali na Nadine uwagi.
Dziś kompasem będzie Diament…
Tu jesteś! – zawołała w myślach dziewczyna, gdy wśród niemałego tłumu dostrzegła wreszcie tego, kogo szukała. Vihje pochylał się nad pokreślonym planem miasta, a wokół niego stłoczyli się oficerowie wymieniający między sobą ostatnie uwagi.
Dziewczyna ruszyła w ich stronę, śpiesząc się aż zanadto. Starała się przybrać na twarz ten karcący wyraz, który w sierotach koczujących w starych kwiaciarniach przy Słodkiej budził ten szczególny, dotychczas uśpiony rodzaj respektu względem starszej siostry. Oficerowie chyba poczuli się podobnie, bo wyraźnie speszyli się na widok Nadine. Chyba nawet wiedzieli, co ma im do powiedzenia.
– Jak wam nie wstyd, panowie? – rzuciła dziewczyna z naganą i stanęła przez nimi, wskazując na Vihjego otwartą, bialutką jak mleko dłonią. Chłopak nawet na nią nie spojrzał. – Jakby nie patrzeć, to też jest człowiek. Potrzebuje odpoczynku.
– Jakby nie patrzeć, to też jest oficer, tak samo jak my – odparł major Lele, marszcząc brwi.
Nadine posłała mu harde spojrzenie, na widok którego jego twarz spąsowiała. Wieść głosiła, że mężczyzna ten – choć bliski już pięćdziesiątki – zupełnie nie radzi sobie z kobietami. I wiele wskazywało na to, że wieść ta jest prawdziwa.
– Jakby nie patrzeć – syknęła dziewczyna po chwili – żaden z was, drodzy o f i c e r o w i e, nie siedzi tu tyle co on. – Dodałaby pewnie coś jeszcze, gdyby naprzód nie wystąpił generał Pauke.
Był to niziutki staruszek z okrągłymi węglikami zamiast oczu. Gdyby miał więcej ciałka, przypominałby pewnie bałwana, bo nawet nos miał długi, spiczasty i niemal czerwony od nadmiaru korzennego piwa, które darzył uczuciem szczególnym.
– Dajcie spokój, panie majorze – zwrócił się do Lelego generał, a do Nadine uśmiechnął się pokrzepiająco. – Panienka ma rację. Kapitan Vihje już idzie, to rozkaz.
Lecz Vihje ani drgnął.
– Kapitan Vihje już słyszy, to rozkaz – dodał Pauke, a Vihje przekornie wlepił w plan miasta najmocniejsze spojrzenie, na jakie było go w tamtej chwili stać.
– To niczego nie zmieni, Vihje – wtrącił barczysty, przystojny major Vouse i poklepał kapitana po plecach. – Wziąłeś pod uwagę wszystko, co tylko się dało…
– Nie wszystko – zaprzeczył Vihje beznamiętnie, a potem zmienił temat: – Czy połączenie między kanałami…
– B34x i Afc5 jest sprawdzone? – rzucił domyślnie generał Pauke i potarł w palcach sumiastego wąsa. – Owszem, jest. Bezpieczne niczym cycki mojej żony. Można utonąć w rozkoszy, mój drogi.
Vihje to zignorował, a oficerowie zgodnie poddali się wesołemu rechotowi, który zdusił ich płuca i gardła. Nadine zaś z pobłażliwym uśmiechem pokręciła głową, karcąc:
– Panie generale…
Pauke wyszczerzył się przebiegle i dodał:
– A z c530o i W7xs jest odwrotnie – niebezpieczne jak szanowna małżonka, gdy pijany wracam z karczmy.
Vihje otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak generał nie dał mu dojść do głosu:
– Już, już, już! Spadaj stąd, kapitanie, bo mi jeszcze zmienisz plany i się ludzie pogubią! Wszystko ustalone, nie ma czasu na poprawki! Działamy tak, jak było powiedziane. A ty masz pilnować swojego oddziału i naprawiać Teho, jeśliby się zepsuło. Zrozumiano?! – warknął na koniec.
Vihje westchnął, a potem wlepił w niego lżejsze, o wiele bardziej zmęczone spojrzenie i niechętnie kiwnął głową.
– Bardzo słusznie! A teraz do dzieła. Sierżantko Nadine, do domu! Zabierać mi się stąd i jego razem z sobą, żebyśmy się już dzisiaj nie spotkali.
– Tak jest! – zawołała dziewczyna i uśmiechnęła się do generała z wdzięcznością. Potem ujęła Vihjego pod rękę i wraz z nim opuściła bibliotekę pod słomianym dachem, by udać się wprost do Trumienki, na Pszenną.
– Dziadku, poczytaj mi! – Usłyszeli, ledwie przekroczyli próg.
Nadine od razu rozciągnęła wargi w powitalnym uśmiechu, a Vensen z radością to podchwycił i zrezygnował z nagabywania dziadka.
– Proszę, zapraszam! – zawołała babcia, zrywając się z miejsca. W duchu przeliczała już, czy wystarczy migdałowych ciastek i wody na herbatę, bo Vihjego od rana nie było i nie miał kto nanosić. A stary taki już był lichy, taki słabiuteńki…
Nadine potarmosiła czuprynę Vensena i uprzejmie skłoniła się przed dziadkiem, który z ponurą, zwykłą miną kopcił fajkę. A Vihje przez chwilę to obserwował i pozwalał, by serdeczność panująca w Trumience przeciekała mu przez palce wraz z czasem. Potem, wycofawszy się cicho, podreptał do łazienki, gdzie pozbył się przepoconej koszuli, przybrudzonych spodni oraz bielizny i odkręcił zimną wodę.
Zaczął szorować ciało. Tarł mocno, niemal do krwi, próbując w ten sposób zmyć z siebie ten podły niepokój, który zabarwił je na szaro.
Musi być doskonale – szeptał jakiś ochrypły, obcy głos w jego głowie. – Musi.
Jednak ani niepokój, ani niedoskonałość nie chciały ustąpić. Nie trzeba było długo czekać, by z gardła wydostał się donośny, rozpaczliwy krzyk, który wkrótce przerodził się w melodyjny szloch. Trwał on i trwał, zyskując na smutku, ale tracąc na szczerości, aż w końcu poprosił o akompaniament pięści. Te ofiarnie zgodziły się i walnęły w ścianę raz, potem drugi, trzeci… Vihje szybko przestał liczyć.
A jutro, do którego nas poprowadzi, będzie tym wspaniałym…
– Przestraszyłeś Vensena, panie kapitanie… – mruknął Vihje, gdy ostatki wody i krwi spłynęły prościutko do kanału Bx34. Niebezpiecznego jak cholera, niedoskonałego jak on sam.
Wyszedłszy z wanny, przebrał się w czyste ubrania i zerknął w lustro. Bardzo pobieżnie, żeby przypadkiem nie spojrzeć sobie w oczy.
Przypadkiem.
Niewiele myśląc, wyskoczył przez okno. Prosto do ogródka, w którym pachniało dynią, maciejką i irysami. Zajrzał do wiadra, do którego zbierali deszczówkę. Tkwiło w nim jedynie truchło gołębia białego jak śnieg – cichutkie i grzeczne, tak samo śmiertelne jak on czy ty.
Vihje okrążył ogród w poszukiwaniu dziury w płocie. Obiecał, że po powstaniu ją załata, lecz teraz – kiedy po kieszeniach poupychali już diamenty – nie był taki pewien co do tego, czy będzie co naprawiać.
Przelazł przez dziurę, a kiedy znalazł się się na Pszennej, ruszył w lewo. Przeszedł drogę do końca i znów skręcił w lewo. Musiał długo powtarzać ten proces, gdyż w pewnym momencie przystanął i zorientował się, że jest na Virčevie – długim, szerokim deptaku obficie oświetlonym przez pochodnie zawieszone na drzewach rosnących wzdłuż ulicy.
Tu i ówdzie szwendali się jeszcze uprzejmi kupcy. Podobno Żydowscy, lecz Vihje nie miał co do tego całkowitej pewności. O owych Żydach wiedział bowiem tylko tyle, że wierzą w Jahwe. Te słowa go jednak nie przekonywały. Zawsze ufał oczom i tylko im.
Ale mgła… – pomyślał, zadarłszy głowę. – Ciekawe, czy w ogóle będzie widać flary…
– Porządna konstrukcja, co? – uśmiechnął się wąsaty rzeźnik, gdy dostrzegł, że kapitan przygląda się linom łączącym domostwa i wieże. – Teho na to mówią.
Vihje rzucił mu beznamiętne spojrzenie i mruknął pod nosem:
– Taaak?
– Ano tak, ano tak, panie. Kapitan Vihje to wymyślił. Jak to się uda, to… Panie! Chalcedon będzie wolny! I te, za pańskim przeproszeniem, paniątka, co to sobie sambr za nasze chalce popijają, w pień się wyrżnie! Sam, własnoręcznie na tuszki podzielę i psom rzucę… A niech żrą!
– Jak to całe Teho działa? – zainteresował się Vihje, pragnąc za wszelką cenę podtrzymać nieświadomość rzeźnika.
– Panie, sam bym chciał wiedzieć… – sapnął mężczyzna i podrapał się za uchem. – Ponoć na tych linkach są takie jakby magnesy, co zbierają manę z Siivetów, tych kamieni, które pozwalają im latać. Ale, panie, to musi być piekielnie trudne… No bo jak to tak…? – Rozłożył ręce i zamachał nimi bezradnie. – Żeby to wykierować, a równowagi nie stracić…
Mężczyzna jeszcze chwilę mocował się ze swymi wyobrażeniami, lecz w końcu tylko machnął ręką i rzekł:
– Ja tam na tuszki podzielę i psom rzucę… A niech żrą, panie! P-panie…? – Rozejrzał się wokół, ale po jego rozmówcy nie było już śladu.
Kapitan minął tymczasem ostatni kram stojący na bruku Virčevry i skręcił w prawo, gdzie czekała wąska ścieżka kończąca się dopiero na Końcu Świata, jak czasem mawiał o wzgórzu, na którym poznał Nadine.
Przez całą drogę Vihje zmagał się z pewną pokusą. Chciał po prostu sięgnąć po swój Siivet, fluoryt, i wznieść się ku niebu, by poczuć na skórze dotyk chmur oraz usłyszeć, co mówią ptaki. Była to chęć tak silna jak miłość, jaką żywił do Nadine. Tyle że ona dawała mu to, czego narzeczona nie była w stanie – wolność.
Gdy stanął pod jabłonią rosnącą na Końcu Świata, jego serce i palce ścisnęły się w twardą skorupę, a myśl obezwładniło pragnienie. Usta wprawdzie szeptały, że jeszcze nie czas, że trzeba poczekać do zmroku. Ale po co komu rozum, kiedy chęć namiętnie kąsa zmysły? Po co komu czas, kiedy wolność jest na wyciągnięcie ręki i nie zna jeszcze ani prawdy, ani ograniczeń?
Vihje pogrzebał w kieszeni i pozwolił palcom odnaleźć w niej fioletowy kamień. Przymknął oczy, wziął głęboki oddech – zalała go fala ciepła. Przyjemnie wibrowało w miejscu, w którym aniołom wyrastają skrzydła…
Gdy był już o jeden – może dwa oddechy od wzniesienia się nad ziemię, usłyszał cichy głos dziewczyny, którą kochał, zdawałoby się, nad życie:
– Dlaczego ty też oszalałeś, kochany?
Ciepło ustąpiło, oczy nienawistnie spojrzały przed siebie – na korę, po której spacerowały mrówki. Przynajmniej dla nich walka w tym dniu nie była niczym szczególnym.
– Widziałam, jak patrzysz na plany, ludzi, Teho… – ciągnęła dziewczyna. – Jak ściskasz Siivet. Wszystko widziałam.
– To jeszcze nie znaczy, że wszystko wiesz, Nadine! – warknął, nim się odwrócił.
Dziewczyna aż się wzdrygnęła. Przecież nie zamierzał być tak ostry, nie chciał jej ranić… Kiedy pospieszył z wyjaśnieniami, Nadine uniosła dłoń i, przełknąwszy twardą gulę zastygłą w gardle, rzekła:
– Przestraszyłeś Vensena. Nie mogliśmy go uspokoić. – Pierwsza łza spadła na ziemię, która przyjęła ją z należytym sykiem, tak jak piekło pochłania duszę. – Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że nawet on nie wierzy w rozpacz mordercy. W twoją rozpacz.
Vihje zwiesił głowę, ale nic nie powiedział.
– Cudownie kłamiesz, Vihje – ciągnęła Nadine, a druga łza pozazdrościła pierwszej. – O tym, jak kiedyś zmienisz nazwę Trumienki, żebym nie bała się własnego domu. I o tym, że jesteśmy dla ciebie najważniejsi, że to dlatego walczysz… Ale… – Jej głos zadrżał, a potem na chwilę uwiązł w gardle. – Ale ja cały czas nie umiem nazwać cię perfidnym kłamcą. Bo cały czas chcę wierzyć w to, w co zwątpił nawet twój mały brat…
Vihje ujął jej twarz w dłonie i otarł łzy płynące po policzkach. Nadine naprawdę chciała wierzyć, doświadczać kłamstw oraz bólu – bo to on był powodem wszystkiego, to jemu mogła się przydać. Choćby tylko jako naiwność – słabość, której na głos musiał się wypierać.
– Nadine… – zaczął po chwili. – Jestem żołnierzem…
– Żołnierzem – powtórzyła, uwolniwszy się z jego objęć – a nie mordercą!
– Zabójcą – poprawił odruchowo, ale zaraz potem przeklął się w duchu i dodał: – Dostałem taki rozkaz, muszę go wypełnić…
– Chyba sam nie wierzysz w to, co mówią.
– A znasz jakąś kukułkę, która wierzy w to, co kuka*? – spytał, starając się, by kpina była niewyczuwalna, a potem dodał: – Jestem żołnierzem, Nadine…
– Już to mówiłeś.
– Irysem.
– I to jest powód?
– Róża zdradziła.
– Euphemia też? – syknęła Nadine. – W czym – w przyjaźni z twoim bratem?
– Takie są zasady.
Dziewczyna dostrzegła zmianę już wcześniej, ale dopiero teraz w pełni zrozumiała, od czego ona zależy. Jego oczy nie były już zmęczone, tylko obojętne i chłodne. Obce.
Twarz dziewczyny siliła się na obrzydzenie, ale nawet na to okazała się za słaba, gdyż w żyłach wciąż tętniła żywa, poparta wspomnieniami siła – miłość.
Nadine pociągnęła nosem i powiedziała:
– Kilka dni temu słyszałam, jak pewien niemiecki kupiec mówi do garbarza o Teho…
– Nie podobało mu się? – Zmarszczył brwi.
– A jakie to ma znaczenie? – spytała Nadine. – Ile jeszcze? Ile osób musi ci powiedzieć, jaki jesteś wspaniały, żebyś zrozumiał, że jesteś przede wszystkim kochany?
– To dwie różne rzeczy – uciął i wyjął z kieszeni papierosa.
Gdy go zapalał, słońce gasło, a niebo rezygnowało z ciemnoczerwonych atłasów na rzecz nocy. Mglistej i bezgwiezdnej jak zawsze. Wówczas wyschły już łzy, a gałęzie jabłoni rozszarpały na strzępy niepomne na ostrożność:
Dziś kompasem będzie Diament…
– Ten Niemiec – zaczęła raz jeszcze Nadine – dostrzegł na niebie przyszłych powstańców… Wiesz, jak ich nazwał? Vögel.
– Musieli nauczyć się latać. Poza tym, Trost jest przekonany, że ma w nich przyszłych obrońców. Kiedy w mieście pojawili się Leitnerowie…
– Latać, mówisz? – wycedziła przez zęby Nadine. – I kraść też? Takich obrońców chce Trost?
Vihje odczekał chwilę z odpowiedzą.
– Nie mogę ponosić odpowiedzialności za wszystkich.
– Jesteś żołnierzem – przypomniała.
– Dowódcą małego oddziału, a nie całego Diamentu. Ja tylko skonstruowałem Teho – ale nie odpowiadam za to, komu i jak przydzielane są Siivety.
Nadine pokiwała głową, przygryzając dolną wargę.
– Posłuchaj… – zaczął Vihje i ruszył ku dziewczynie, by po raz ostatni wziąć ją w ramiona.
Nadine odruchowo cofnęła się o kilka kroków. I cofałaby się pewnie dalej, gdyby nie koniec Końca Świata. A w dole przepaść.
Vihje złapał ją za rękę dosłownie w ostatniej chwili. Mocno przyciągnął dziewczynę do siebie, a ona szepnęła:
– Kłamałam. Ale obiecałam ci kiedyś, że gdy nadejdzie czas…
– Jeszcze nie czas – przerwał, lecz ona mimo to dokończyła:
– Powiem ci prawdę…
– Nadine…
Położyła mu palec na ustach i rzekła:
– To imię mojej matki. Gdybym wtedy powiedziała ci, jak jest naprawdę, znienawidziłbyś mnie tak samo, jak ja siebie nienawidziłam. Z drugiej strony…
– I tak jest za wcześnie – upierał się, kręcąc głową.
– Nie, Vihje. Jest za późno – poprawiła. – Za późno. Bo ja już nie żyję. Twoja wewnętrzna walka… Taka sama jak te, które toczą wszyscy wokół… Ona przerodziła się w wojnę. A ja jestem za słaba na wojny. I pokoje też.
Z zachodu posypały się pierwsze iskry i nawoływania. Chwilę później w górę poszybowały dwie flary od Knoxów – czerwone jak krew, która wraz z wodą spłynęła do kanału Bx34.
– Wołają cię… – szepnęła Nadine. Ostatnie słowo pochłonął sztuczny chichot wyprodukowany na potrzeby chwili przez miłe wspomnienia napływające do głowy.
– Tak, ale…
– Idź już – ponagliła, po raz kolejny uwalniając się z jego objęć, a on pomyślał, że przez palce przeciekło mu coś więcej niż serdeczność Trumienki oraz czas.
Odpowiedział coś, ale zagłuszył to wybuch małej miny oraz gwizd lotu kolejnej, tym razem żółtej, flary.
– FC5 i 6ad zmieniają już pozycje… – mruknął odruchowo, gdy hałas nieco przycichł, a Nadine uśmiechnęła się smutno, nim rzekła:
– Veila – to moje prawdziwe imię.
A jutro, do którego nas poprowadzi…
– Teraz naprawdę już idź, panie kapitanie. Uwolnij mordercę, którego więzisz w oczach, i wróć taki, jakim byłeś, kiedy cię poznałam.
Będzie tym…
– Ja też muszę już iść.
Straconym.
Euphelia West niecierpliwie miotała się po kuchni w oczekiwaniu na swego męża, Eupheliana.
Gdzie ty się podziewasz, u licha? – myślała, przygryzając kosmyk jaśniutkich włosów i kończąc czwarte okrążenie wokół stołu. – Przecież nie mieszkamy na pierdolonym końcu świata!
A gdzie mieszkali? Zaledwie na Słodkiej – kiedyś podobno przepełnionej browarami i cukierniami. Kiedy zniknęły, zastąpiono je kwiaciarniami. Większość od dawna była zamknięta; koczowały w nich sieroty, którym pomagała między innymi ta miła czarnooka dziewczyna z białymi plamami na ciele. Euphelia nie pamiętała, jak jej na imię, ale lubiła tą małą – była jakaś taka… niewinna. Taka jak wszystkie córki, zdawałoby się.
Istniała jednak jedna kwiaciarnia, która nadal sprzedawała kwiaty. I to właśnie do niej poszedł Euphelian.
Kobieta zrobiła jeszcze dwa okrążenia, kilka razy siarczyście zaklęła i podbiegła do okna wychodzącego wprost na ulicę, obiecując sobie, że robi to po raz ostatni. I dobrze wiedząc, że tę obietnicę złamie.
Wyjrzawszy delikatnie przez okno, zrozumiała, że istnieją dwa rodzaje ulgi – ostateczna oraz nagła. Mrowienie, jakie poczuła na karku, podpowiadało jej, że doznała obu naraz.
Ruszyła ku drzwiom, utrzymując w umyśle widok barczystej sylwetki Eupheliana nadchodzącej od strony kwiaciarni. Po drodze potknęła się i przewróciła krzesło, ale to było nieważne, tak bardzo nieważne…
– Co z dziećmi? – spytał Euphelian, ledwie żona zamknęła za nim drzwi i choćby zdążyła otworzyć usta, by spytać, czemu tak długo.
– Śpią… – odrzekła Euphelia niepewnie i podeszła do męża, który zupełnie bez sił opadł na krzesło, a potem spytał:
– A gorączka Euphemiana? Spadła?
Kobieta lekko kiwnęła głową i odrzekła:
– Troszeczkę.
– Mhm. – Odruchowo przetrzepał kieszenie, ale tytoń się skończył. Powstrzymał przekleństwo cisnące się na usta i ciężko westchnął. Euphelia tymczasem zebrała się na odwagę, by cicho spytać:
– Masz Siivety?
Im dłużej zwlekał z odpowiedzią, tym większa pewność narastała w kobiecie. Uklękła przy nogach męża i zaczęła wymuszać na swoich kościstych palcach irytujący odgłos łamania kości. Jej okrągła, jasna twarz przybrała wyraz akceptacji, a malinowe oczy nieco przyblakły przez smutek.
Na całym świecie nie było wówczas nikogo, kto czułby się bardziej odmienny i osamotniony niż ona. Gdyby tylko mogła się rozpłakać… Tak po prostu.
– Kwiaciarnia była zamknięta – wykrztusił po chwili Euphelian, licząc po cichu, że wymusi na żonie choć słowo.
Ale tak się nie stało. W sercu właśnie wykiełkował żal.
– To znaczy, że… – ciągnął Euphelian, ukrywszy zmęczoną twarz w dłoniach. – Róża nie dostanie ż a d n y c h kamieni. Nawet tych, którymi mogłaby sobie rozwalić łeb. Rozumiesz, co to znaczy? – Spojrzał na żonę wyczekująco, lecz ona nadal milczała, kołysząc się w przód i w tył w rytm tykania zegara, który zaledwie wczoraj wrócił z Pszennej. Tik, tak… Tik, tak… Tik, tik, tak… – Ktoś zdradził. Irys nie da nam żadnych Siivetów. A kapitan Vihje tym bardziej. – Uderzył w stół otwartą dłonią. – Pieprzony szczeniak!
Euphelia jak na zawołanie wstała i szybko zaplotła włosy w gruby warkocz. Myślała przy tym o swej pięknej potrzebie, która przez lata była jej jedyną towarzyszką. Wołali na nią „należeć” i mówili, że jest zła, ale Euphelia wierzyła, że prawda jest inna.
Aż do tej chwili, w której sierpniowe zwątpienie przekroczyło próg jej domu wraz z Euphelianem, zapachem wiatru oraz pierwszymi odgłosami strzałów.
– Co robisz? – zapytał Euphelian, gdy jego żona podeszła do kufra stojącego w lewym rogu, tuż obok szafki z lekami, całą masą leków. Euphiś tak często chorował…
– Otwieram kufer, a potem się przebieram. I ty też.
– Po co?
– Przyjdą po nas, prawda? – zapytała, kiedy wieko skrzyni z mocą uderzyło o ścianę. – Nie dadzą nam kamieni, żebyśmy nie popełnili samobójstwa, bo sami przyjdą nas zabić. Jak zdrajców. A my będziemy ubrani jak wojownicy. Ha! Zobaczysz ich miny!
Twarz Eupheliana odruchowo pojaśniała, mimo że bardzo starał się zachować powściągliwość. Po chwili zabawnie zmrużył oczy – coś do niego dotarło.
– Czekaj, czekaj… – wymruczał, stanąwszy przy żonie, którą przewyższał o jakieś trzydzieści centymetrów. – Cholero jedna, ty po prostu chcesz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu!
Zaśmiała się krótko i podała mu pierwszy strój, udając przy tym, że nie rozumie, o czym on mówi.
– Zasadzisz im kopa w jaja, a przy tym pozostawisz po sobie niewiele prania! – Na dowód Euphelian uderzył palcem o blaszany naramiennik.
– Sam mi kiedyś powiedziałeś, że będziesz szczęśliwy, jeśli zadbam o dom i dzieci – odparła Euphelia, zrzuciwszy z siebie pierwszą warstwę ubrań.
Mężczyzna z uśmiechem pokręcił głową i również zaczął się przebierać. Szło mu raczej opornie, gdyż widok bladego, wątłego ciała żony rozpraszał go nawet wtedy, gdy śmierć dopadła się do flar, które z hukiem poleciały ku niebu.
– Dziwna jesteś, wiesz? – zapytał, gdy Euphelia włożyła czarny kombinezon przypominający ten, w którym chadzali asasyni w okresie Wskrzeszenia Chalcedonu. Mówiło się, że materiał, z jakiego jest wykonany, to najprawdziwsza ludzka skóra.
Ale czy w tym mieście istniało jeszcze coś, w co chciano wierzyć?
– Dlaczego? – zaciekawionym tonem spytała Euphelia i zabrała się za zakładanie metalowych nagolenników.
– Bo jest sierpień, a ty drżysz z zimna. Bo ci zimno, nie?
– Tak jakby.
– Nie martw się – pocieszył Euphelian. – Już niedługo. Przecież się staraliśmy. No bo co by nie mówić, nasze gorące noce zimne nie były. Więc na lodowiec nas nie ześlą…
– Cicho bądź, zboczeńcu! – zaśmiała się Euphelia tak, jak dawno się już nie śmiała.
– Najwyżej roztopimy lodowiec i nie damy im innego wyboru.
– Dzieci…
– Śpią. I lepiej niech tutaj zostaną, żeby mogły się same nauczyć, jak się nie idzie w ślady rodziców. Albo idzie. To zależy.
– Od czego niby? – zakpiła Euphelia i szarpnęła za zapięcie jednego z przyrdzewiałych nagolenników. – Cholerstwo jedno…
– Nie chce się zapiąć?
– Mhm.
– Daj to, kobieto – jęknął Euphelian, przewróciwszy oczami, i zaczął się szarpać z ochraniaczem w zastępstwie żony.
– Nie odpowiedziałeś – przypomniała kobieta, a on chytrze się uśmiechnął. Albo smutno. A może i jedno, i drugie? Często bywał nieodgadniony.
– Boisz się? – spytała Euphelia. Udawanie spokoju szło jej całkiem nieźle, jeśli nie liczyć drżenia na całym ciele.
– Cholernie. A ty?
– Jak diabli. Myślisz, że to wystarczy, żeby mnie potraktowali ulgowo?
– Tam na górze? – upewnił się, a potem wykrzywił wargi w mało korzystnym grymasie. – Wątpię. Ale spróbuj u diabła. Powinien się ucieszyć, że o nim w takiej chwili wspomniałaś. – Uśmiechnął się szeroko, a następnie wstał, dodając: – Gotowe, nie odepnie się. Idź do Diamentów.
I postaraj się przeżyć.
– Miały być Róże! – przypomniała Euphelia z wyrzutem.
Jej mąż tymczasem delikatnie wyjrzał przez okno. Ktoś się zbliżał. Szybko i pozornie cicho. Ale tylko pozornie, gdyż tak naprawdę każdy krok słychać było zanadto – mocniej, donośniej, lepiej, dotkliwiej…
A wszystko to w gęstej, nieprzeniknionej, do szpiku kości chalcedońskiej mgle, która zawsze przysłaniała niebo.
– Róże we Mgle… – szepnął Euphelian. – Całkiem ładnie.
Nie, nie staraj się… Po prostu przeżyj!
Nie powiedziała mu, że ma rację i żałowała tego. Żałowała wtedy, gdy odwracała się do niego plecami, a także wtedy gdy już biegła wąskim korytarzem, zasłaniając dłonią usta, żeby stłumić wydzierający się przez nie krzyk. I wtedy, gdy otwierała drzwi do piwnicy, a potem pokonywała po trzy stopnie stromych schodów, którym patronowała ciemność.
Żałowała również wtedy, gdy ktoś Morsem wystukał „Rosę” w drzwi wejściowe. I kiedy Euphelian temu komuś otwierał, zdając sobie przy tym sprawę, że skończy jak zdrajca – z poderżniętym gardłem lub odciętą głową.
Ale przecież to nie oni zdradzili!
Słyszysz? Po prostu żyj…
Jednak najbardziej żałowała wtedy, gdy już znalazła się w piwnicy, gdzie nie wolno było się odwrócić. Wzięła głęboki oddech i, bijąc się z myślami, zaplotła palce na uchwycie lampionu, w którym płonął Wieczny Ogień. Tak samo niepomny na wszystko, do bólu bezpieczny…
– Quai vue hvale sha… – wyszeptała Euphelia i ścisnęła w dłoniach to, co pozostało jej po matce – labradoryt.
Ogromna krata odsunęła się z łoskotem, a ciemność pojaśniała zapraszająco. Euphelia wprawdzie ruszyła kolejnym wąskim korytarzem, ale z pokusą nie wygrała – odwróciła się. I nie ujrzała tego, co chciała ujrzeć.
Ruszyła przed siebie. Powietrze w korytarzyku było ciężkie, wilgotne. Pod nogami plątało się kilka mysz, za nimi zaś uganiał się potężny szczur. Ciepłe światło lampionu zdawało się wpływać kojąco na niepokój odmalowany na twarzy Euphelii – matki, którą los potraktował niesprawiedliwie.
Dotarła do końca korytarza i wypowiedziała te same słowa co poprzednio, aby zwolnić kolejną kratę. Weszła do pomieszczenia – maleńkiej winiarni należącej do sąsiadów, którzy zmarli kilka lat temu. Nie musiała się nawet rozglądać, by dostrzec, że coś poszło nie tak.
Dzieci spały w swoich śpiworach. Wszędzie walały się puste baryłki po winie i sambrze. Panowała cisza – druzgocąca, niepomna na to, że na zewnątrz szaleje niejedna strzelanina.
Na jednej z największych baryłek siedział już kapitan Vihje. Euphelia nie musiała nic mówić – on wiedział. Ale nie pytał o to, co stało się naprawdę. Tylko trzymał na ustach palec wskazujący, jakby chciał jej dać do zrozumienia, że ma pozostać tak, jak jest – niesprawiedliwie, druzgocąco i cicho. Szaleńczo.
– Padnij! – zawołała Beate, ale było już za późno.
Kula pokonała bowiem barykadę z zarysowanego szkła w oknie i utkwiła w głowie serdecznej kobiety, która chciała tylko pocieszyć płaczącą Mię.
– Mam czekoladę, dziecinko – powiedziała i ruszyła ku małej skulonej obok czarnowłosej i czarnookiej dziewczyny w kwiaciastej sukience.
A teraz leżała tuż przed Nadine, która odruchowo mocniej przytuliła do siebie Scotta – siedmiolatka, tak jak ona, chorego na bielactwo. Podobnego zresztą pod tak wieloma względami, że aż bała się myśleć, co może się z nim stać, kiedy jej już nie będzie.
Wtem otworzyły się drzwi, przez które wpadł szesnastoletni chłopak o imponującej (jak na swój wiek) posturze i nordyckich rysach twarzy.
– Żyjecie? – zapytał, szybko zatrzasnąwszy za sobą drzwi. Jęknął, gdy zobaczył truchło kobiety, i dodał: – Dobrze, że nie spytałem, czy jesteście w komplecie…
– Beren! – zawołała na jego widok Beate i rzuciła się ku niemu. Drżenie ciała ustało dopiero wtedy, gdy dłoń chłopaka utonęła w morzu jej czarnych włosów.
Zupełnie jak my kiedyś, mój kapitanie… – pomyślała Nadine z nostalgią.
– Dobrze, już dobrze! – rzucił Beren ze zniecierpliwieniem. – Beate, nie mamy teraz…
– Gówno, a nie dobrze! – warknęła jakaś młodziutka rudowłosa piękność dotychczas skulona w kącie przy piecu. Zerwała się z miejsca i posłała Berenowi harde spojrzenie, mówiąc: – Teraz jestem młoda, potem już nie będę. Teraz powinnam się bawić, zakochiwać, cieszyć, a tu co?! Wojna!
– Równie dobrze możesz wyjść z tej pieprzonej trupiarni i pospacerować Słodką zamiast mnie, ślicznotko – odparł Beren jadowicie. – Tyle że taka sterta kości się nawet pod armatę nie nada…
– Ona ma rację! – wtrąciła jakaś blondwłosa matka o czarnych, zapadniętych policzkach. – Powstania wam się zachciało!
– Tylko się zdecydować nie możecie, z kim walczycie! – dodała inna.
– I o co!
– A giniemy my i nasze dzieci!
Kłótnia w ciągu kolejnych kilkunastu sekund rozkwitła niczym róża, a jej uczestnicy wkrótce podzielili los powstańców – zupełnie pogubili się w tym, kto się z kim kłóci. I o co. Beren postanowił wykorzystać moment, w którym Beate przyłączyła się do sporu, i wyswobodził się z jej objęć. Z poważną miną ruszył ku Nadine, a ta szepnęła Scottowi, żeby wierzył tylko w to, w co wierzy i ona. Czyli w to, że…
– Wszystko będzie dobrze.
Potem skinęła głową w stronę młodziutkiej Neni Mintz. Dziewczyna posłusznie zajęła jej miejsce i przytuliła zarówno Scotta, jak i przerażoną Mię.
Tymczasem Beren i Nadine szybko opuścili kwiaciarnię Bławatek. Niezauważeni już przez nikogo, jakby niewidzialni i niedosłyszalni.
Przez chwilę szli w milczeniu. Budynki były już mocno zniszczone, a wokół krążyły watahy Wilków. Specjalnie na tę noc zawarły sojusz, w którym stały się jedną, niezwyciężoną formacją. I jako jedyne przetrwały na ziemi takie, jakie trwać chciały – nietknięte strachem.
– Do których się przyłączyłeś? – spytała Nadine, nie mogąc już znieść milczenia. Nogi miała jak z waty, ale wytrwale podążała za Berenem.
– Do Szarych.
– Żałujesz?
Wzruszył ramionami i odparł:
– Byle było z kim dzielić miskę i kąt. Taniej.
– Rozumiem. – Uśmiechnęła się lekko, a on pomyślał, że naprawdę rozumie. Jak nikt.
– Kapitan nic nie wie, tak jak prosiłaś – rzekł i wskazał, że idą w prawo, na Żytnią.
– To dobrze – odparła, a potem posłusznie poszła za nim. – Nie wiesz może… – Przerwał jej gwałtowny świst człowieka przelatującego tuż nad nimi. Drgnęła, gotowa udawać, że umie się bronić.
– Bez obaw, siostra – zapewnił Beren, widząc to. – Wilków nie ruszą. Nieba im się zachciało, to niech go pilnują. Ziemia teraz naszym domem, a powrotów nie ma.
Posłała mu spojrzenie przepełnione wdzięcznością. Beren wiedział, że pęczniała w niej przez te wszystkie lata. Gdyby jego rodzice jej nie przygarnęli, gdyby on nie był dla niej bratem, gdyby… Gdyby to się nie zdarzyło, nigdy nie poznałaby Vihjego – kapitana, który był powodem wszystkiego.
Myśl ta zatruwała Nadine od dawna. Beren zaś wystarczająco się na to napatrzył i postanowił, że prędzej umrze, niż umrze z miłości lub dla niej. Potem odpędził sprzed oczu mglistą wściekłość i rzekł:
– Zniknął. Tak po prostu. Jego oddział walczy gdzieś przy wieży Ge, ale kapitana brak.
Nadine kiwnęła głową na znak, że rozumie. Minęli bank i zakład lichwiarski – ich dachy płonęły. Przebiegli również obok grupy ludzi przeganianych przez Irysy z miejsca na miejsce, a wszystko tylko po to, by było z kogo drwić. Jedni nieśli koce, inni mąkę, następni bieliznę, cała reszta nie niosła nic. Twarze mieli brudne, jeśli nie liczyć ścieżek wydeptanych do białości przez łzy.
Jeden z tych ludzi – starzec o kościstej budowie i oczach jak chabry – dostrzegłszy watahy, niemal radośnie zawołał:
– Wilki, ludzie! Wilki!
Szczególnie upodobał sobie Berena, który nie był wówczas wyniosły, i uchwycił się rękawa jego kurtki, pytając:
– Kiedy nas do podziemia sprowadzicie? Kiedy?
Dziesiątki oczu wlepiły się w chłopca i czekały na odpowiedź, która nie mogła być inna niż:
– Nigdy.
Wyrzekłszy te słowa, Beren chwycił Nadine za rękę i zaczął biec w stronę Virčevry, skąd zamierzał przedostać się prosto na Hoffę – plac w kształcie pięciokąta, pośrodku którego stała marmurowa kolumna opleciona bluszczem Wiecznego Ognia.
– To się już zaczęło, Nadine – wyjaśnił Szary Wilk po drodze. – Kiedy wejdziesz do centrum, zrozumiesz. A ja nadal nie będę wiedział, dlaczego to musisz być ty.
Chwilę zwlekała z odpowiedzią. Lecz gdy już zebrała się w sobie, jej głos ugrzązł w bezkresnym smutku, a dłoń brata mocniej ścisnęła jej dłoń.
– Bo jestem Damą Kier, Berenie.
I ty mnie za to nie znienawidzisz, Duchu Północy.
– Co to oznacza? – zapytał chłopak, patrząc na nią wyczekująco. – Kończysz grę czy ją zaczynasz?
– Wstrzymuję kolejkę Jokera i wszystkich innych.
Beren przypomniał sobie to, co widział w centrum. Chyba rozumiał. Joker wabił swoją Damę Serca. Gdyby zabił ją sam, wyeliminowałby gracza, który nie mógłby już zatrzymać gry, w którą najwyraźniej uwielbiał grać.
– Na ile? – spytał Beren.
– Nie wiem.
– Jak to „nie wiem”? – zdziwił się Beren, a potem spojrzał w górę, zaklął i wepchnął Nadine do ślepego zaułka.
Posypały się na nich iskry powstałe w wyniku zderzenia się ze sobą dwóch Siivetów. Z ziemi natychmiast podniósł się szloch popiołów lgnących obficie do wszechobecnej mgły, a to dlatego, że ktoś w oddali rzucił granat, który zmienił bruk w szarą papkę. Słychać było łoskot walących się domów oraz odgłos stali kąsającej stal – walka, śmierć i grzeszność, wszystko razem wzięte.
Nadine odczekała, aż siny pył opadnie na ziemię i upewniła się, że z Berenem wszystko w porządku. On jednak patrzył na nią tak, jakby nie liczyło się dla niego nic prócz odpowiedzi.
– To zależy od tego, kiedy pojawi się kolejna Dama Kier – rzekła Nadine.
– I co wtedy? Gra zostanie wznowiona?
Nadine pokręciła głową, a z ulicy przypłynął do nich krzyk kobiety – najpewniej gwałconej między deskami niegdyś tworzącymi dom.
– Gra zacznie się od nowa – odrzekła Nadine. – Zmienią się wszyscy zawodnicy oprócz tych, którym odebrano znaki.
Oczy Berena otworzyły się szerzej.
– Więc… – zaczął. – Joker i As pozostają ci sami?
Potwierdziła.
Beren przypomniał sobie legendę, którą Nadine mu kiedyś opowiedziała. Mówiła mu, że czasem miasta ze sobą rozmawiają. Że wtedy panuje zupełna cisza, a ludzie śpią pogrążeni w ciemnościach własnych dusz. Że miastom nie wolno wtedy przeszkadzać, bo grają w swoją grę. Nazwały ją „Quai she” – zupełnie inaczej niż chciała Atlantyda, która ją wymyśliła.
Początkowo stawką gry było wspaniałe srebro wyspy. Wówczas grały wszystkie miasta, bez najmniejszych wyjątków – bo co jak co, ale srebro i stal Atlantów nie miały sobie równych! Z czasem matka Atlantydy, Avalon, dowiedziała się o tym, co jej ukochana jedynaczka wyczynia z posagiem i zabroniła grania w Quai she. Potem nieszczęsna Atlantyda zniknęła i, zdawałoby się, nikt jej już więcej nie widział. Graczom pozostały więc tylko słodkie wspomnienia, międzymiastowe rozmowy oraz tęsknota.
Po pewnym czasie nuda wygrała z rozsądkiem. Znowu zaczęto wybierać Asa i Jokera, Króla Trefl i Damę Kier, a także Waleta Pik oraz 9 Karo. Te miana – niegdyś tak zaszczytne – stały się klątwą, a biedni wybrańcy nieraz kończyli zupełnie szleni. Stawką gry stały się dzieła sztuki – obrazy, wiersze, muzyka. Z czasem zamieniono je na tereny oraz surowce, wreszcie na wojny i pokój. Tych, którzy rezygnowali, surowo karano – a to klęską nieurodzaju, a to trzęsieniem ziemi. W efekcie przerażeni zawodnicy wracali, a gra trwała.
I tak niemal w nieskończoność, gdyby nie to, że jedno z miast nie wróciło. Berlin zdecydował o torturach dla uciekiniera, a Londyn wstrzymał dostawy herbaty dla jego mieszkańców. Paryż ułożył żałobny rapsod, a Sofia puknęła się w czoło i powiedziała mu, że jest głupcem. Ateny postanowiły o sobie przypomnieć, dlatego posłały niewiernemu miastu ogień wprost z Olimpu – by wiecznie płonął, trawił go od środka.
Jedna jedyna Warszawa rozumiała, że ogień ten będzie największym błogosławieństwem dla miasta, które dopiero czeka prawdziwa kara. A wszystko dlatego, że sama kiedyś płonęła.
– O co gramy dzisiaj? – zapytał po chwili Beren, siląc się na sztuczną wesołość, jakby zabawa naprawdę go cieszyła.
– Sama chciałabym wiedzieć – odparła Nadine i uciekła wzrokiem.
Chciałaś wierzyć, że o wolność, ale…? – pomyślał Beren, a potem ją objął. Tak po prostu.
Trwali tak chwilę, a z nieba zaczęły spadać pierwsze krople. Obecność Vögli w górze czyniła je podejrzanymi, ale to tylko opadała mgła. Bliżej było do świtu.
Nadine szepnęła mu, że dziękuje i pogładziła go po twarzy.
– Teraz się rumienię? – zapytał i ruszył, żeby otworzyć jej właz do kanału B34x. Bezpiecznego jak cycki generałowej Pauke.
Powoli zeszła po drabince, a kiedy była już na dole usłyszała jeszcze:
– Nadine… A co będzie, jeśli zabije się Asa albo Jokera?
Plusnęła woda pod jej stopami, a w nozdrzach rozgościł się smród fekaliów. Skrzywiła się i powiedziała coś, co gniło w niej od dawna:
– Veila – to moje prawdziwe imię.
Pomylił się.
Rzadko mu się to zdarzało, a jeśli już, to raczej nieznacznie.
Ale pierwszego sierpnia XY99 roku Joker naprawdę się pomylił.
A 9 Karo o tym wiedział, bo przy nim wtedy był.
O planach Jokera mówiło się w obozie od dawna, lecz dopiero rankiem trzydziestego pierwszego lipca XY99 przyklejono im łatkę „Prawdziwe, wykonać!”. Szybko spakowano nieliczne rzeczy i wyruszono w drogę do Chalcedonu, który o piątej trzydzieści następnego dnia powitał ich mgłą oraz ochotą na coś więcej. Na przykład na śmierć.
9 Karo przez całą drogę nie spuszczał oka z Jokera. Był w zasadzie jedynym człowiekiem, który potrafił czytać z tej jasnej twarzy jak z otwartej księgi. Dlatego też wiedział, że Nietykalny, jakim ów Joker był w grze, jest tak samo zaskoczony jak wszyscy członkowie jego nielicznej kompanii.
Spodziewali się bowiem, że zastaną Chalcedon, który płonie tylko na pokaz, jak to zwykły czynić ofiary zachodnich kar – tych ładnie brzmiących, acz niedotkliwych. Tymczasem ledwie zeszli z wybrukowanego traktu spływającego ze wzgórza, przekonali się, że to miasto naprawdę płonie – żywym ogniem, wolą walki. Śmierć aż czuło się w powietrzu. Bohaterską śmierć.
A Joker – choć był pod wrażeniem – planów nie zmienił.
– Gdzie jest Stern? – zapytał 9 Kara i zerknął mu przez ramię, licząc, że odnajdzie na trzymanej przezeń mapie jakiś zaznaczony punkt. Nie znalazł.
– Pozwól, że ja poprowadzę, panie – syknął 9 Karo i ruszył przodem, odegnawszy uprzednio cisnące się do oczu wspomnienia.
9 Karo bowiem doskonale pamiętał, co Joker zrobił jego synowi, Kleganowi, podczas swojej, jak to żartobliwie w garnizonie nazwano, Improwizacji. I nie zamierzał o tym tak łatwo zapomnieć. Przynajmniej dopóki się nie zemści.
Dotarcie do Sternu zajęło im nie więcej niż dziesięć minut. Budowla wprawdzie była imponująca (kamienny ratusz zbudowano bowiem na planie pentagramu), jednak nie poświęcili jej tyle uwagi co stojącej nieopodal wieży VON – najwyższej budowli w całym Chalcedonie.
– Jesteś pewien, panie, że podjąłeś dobrą decyzję w związku z VON? – zapytał jeden z najstarszych Cyrkowców, a Joker odparł:
– Oczywistości są podstawą największych sekretów, a sekrety podsycają w ludziach potrzebę porywania się na to, co poza ich zasięgiem. Podsycają żądzę umierania. Mnie to wystarczy, bo dzięki temu gra będzie trwała w nieskończoność.
– Ale niezdobyta VON… – upierał się Cyrkowiec, lecz nie zdążył całkowicie postawić na swoim, bo Joker wysunął z rękawa brzytwę i rozciął mu oba policzki. Żuchwa mężczyzny bezwładnie opadła, a długi język odtańczył bezradny taniec ku czci milczenia.
Niewinni kończą martwi, głupcy niemi – pomyślał wtedy 9 Karo. – Przynajmniej wśród Cyrkowców.
– Prowadź ich do Kryształowej Sali, przyjacielu – nakazał mu Joker, wytarłszy brzytwę o koszulę najstarszego Cyrkowca.
9 Karo poprowadził, a Joker w tym czasie zniknął.
Kryształowa Sala była centralnym punktem Sternu i do złudzenia przypominała wnętrze gotyckiej świątyni. W wielkich oknach pełno było różnokolorowych szkiełek. Brakowało jednak promieni słonecznych, które mogłyby podkreślić ich piękno. Podłogę tworzyła lśniąca mozaika z kamieni szlachetnych, wśród których brakowało tylko jednego – diamentu.
Członkowie Trostu siedzieli za długim, ciężkim stołem. Wokół nich tańczyły srebrne iskry – podobne zresztą do tych, które lubiły umilać pracę karczmarek i kurw. Tyle że tamte wolały złoto. Radnych było zaledwie pięciu, a nad głową każdego z nich tkwił wychudzony cherubin, który wyzierał ze ściany, wyciągając szyję i ręce, jakby łaknął powietrza. Każdy taki sam, a jednak jakiś inny – zupełnie jak człowiek, nad którym górował.
Była tam również kobieta o niebywałej twarzy. Opierała się o kraniec stołu, lecz na ich widok zmieniła pozycję i padła przed 9 Karem na kolana, wołając:
– Zbawicielu nasz…!
Zbawicielu! – prychnął w myślach 9 Karo i przeniósł spojrzenie na członka Trostu siedzącego pośrodku, który otworzył usta, by rzec oschle:
– To nie jest Joker. To 9 Karo.
Kobieta zaczerwieniła się, pomyślawszy zapewne, że czasem lepiej nie wiedzieć o swych pomyłkach. 9 Kara niewiele to jednak obchodziło. Mężczyzna podszedł do stołu i, oparłszy się o jego blat, zażądał:
– Siivet.
Radny pośrodku głośno chrząknął, lecz jego natchniona mina daleka była od ujawniania myśli kłębiących się w tej łysawej głowie.
– Joker miał być z wami – przypomniał po chwili tym samym oschłym tonem co wcześniej.
9 Karo nie odpowiedział. Zrobiły to jego oczy, w których rozkaz wymalował tylko jedno słowo: SIIVET.
– Nie możemy… – zaczął inny członek rady, a 9 Karo stracił cierpliwość.
Z natury był człowiekiem porywczym, lecz gdy na horyzoncie pojawiały się szanse, jego wyobrażenie o samym sobie stawało się niemal monstrualne. Zwłaszcza gdy szanse były takie jak dziś – wystarczyło zdobyć Siivet i poczekać do zmroku. A potem… A potem tylko patrzeć, jak Joker umiera, i skończyć z Quai she.
9 Karo złapał najbardziej niemogącego z tych, którzy nie mogą, i przyłożył mu ostrze swego noża do ucha. Wprost do niego syknął mu:
– Nauczcie się słuchać, jeśli chcecie mówić z Jokerem. On nie lubi rozmawiać ze ścianami ani, tym bardziej, z ludźmi, którzy zachowują się jak ściany. A teraz Siivet.
Jeden z radnych skinął głową i nakazał kobiecie wypełnić polecenie.
Natychmiast wstała i zerwała z pasa sakiewkę wypełnioną po brzegi kamieniami, które wysypała na stół. Radni wlepili w nie chciwe spojrzenia.
Jednemu z nich nawet spociły się dłonie. Tak bardzo chciał potrzymać w dłoni choć jeden Siivet, tak bardzo… Przecież to tylko chwila, prawda? Co z tego, że dla członków Trostu Siivet jest śmiercią w czystej postaci? Kiedy to takie piękne…
– Miały być dla Róży – wyjaśniła kobieta. Jej twarz ani trochę nie zbladła. – Dlatego tylko piętnaście.
– Właśnie o tym mówiłem – odparł 9 Karo i odciął radnemu ucho. Kryształową Salę wypełnił dziki skowyt okaleczonego mężczyzny. – Siivet, a nie Siivety.
Pozostali radni i kobieta o niebywałej twarzy spojrzeli po sobie, nie rozumiejąc.
– Przecież podpisaliśmy pakt… – zaczął mężczyzna siedzący pośrodku. Jego ton był nieco mniej oschły niż poprzednio. Jemu również spociły się dłonie, a krew w tętnicy na szyi pulsowała niespokojnie.
– W którym było wyraźnie napisane, że Joker zniweczy plany rebeliantów – dokończył 9 Karo i wlepił w radnego zimne spojrzenie.
Taki sam jak wszyscy, a jednak jakiś inny… – przypomniał sobie. – Jak ten pierdolony cherubin.
– Pakt nie uległ zmianie ani unieważnieniu – dodał 9 Karo i otarł zakrwawiony nóż o szatę wyjącego radnego, po czym schował go do kieszeni. – Po prostu Joker nie wyśle Cyrkowców na linię walk. To byłoby głupotą – w końcu jest nas ledwie garstka.
– Więc jak niby zamierza wywiązać się z umowy? – zapytał radny. Ten drugi od lewej.
– Po swojemu – odrzekł 9 Karo i dokładniej przyjrzał się członkom Trostu. Szukał.
– Dlaczego zatem mielibyśmy wam dać Siivety… Siivet? Skąd mamy mieć pewność, że Joker doprowadzi grę do końca? – dopytywał radny. Ten drugi od lewej.
9 Karo znalazł. Siedział wśród nich mężczyzna inny bardziej niż tylko „taki sam, a jednak jakiś inny”, Miał bliznę na palcu wskazującym – mały, z pozoru niezauważalny „X” wycięty nożem w miejscu, w którym powinien rosnąć paznokieć.
Erisson. Ten, który widzi Zweifli – pomyślał, nie odrywając od mężczyzny oczu, i wskazał na niego palcem, by rzec:
– Ty. Pójdziesz ze mną i dasz mi Siivet, którego chcę.
– Mowy nie ma! – uciął radny siedzący pośrodku z nagłą stanowczością w głosie. – Siivety są własnością Trostu…
– Ty. – 9 Karo wskazał na tego drugiego od lewej. – Pytałeś, skąd macie mieć pewność, że Joker doprowadzi grę do końca. Moja odpowiedź brzmi: nie wiem. Naprawdę nie wiem. – Bezradnie rozłożył ręce. – Ale powiem ci, że jeśli nie dacie mi Siivetu, którego chcę, możecie mieć pewność, że Joker tego nie zrobi. Mało tego – wciągnie was w nią. A ty… – Wskazał na radnego siedzącego pośrodku. – Jeśli masz kłamać, to lepiej się już nie odzywaj. Bo Siivety… – mruknął na koniec 9 Karo – są własnością rebeliantów.
A potem, szepnąwszy do ucha jednemu z Cyrkowców, którzy wraz z nim weszli do Sternu, wyszedł, prowadząc przed sobą Erissona niezwracającego uwagi na nóż, jaki gracz przykładał mu do gardła.
– Naprawdę jesteś niemową? – spytał 9 Karo, gdy znaleźli się w niewielkiej komnacie o ścianach pokrytych szarym kamieniem, który tylko dodawał im posępności.
Erisson skinął głową.
– Widziałeś Jokera, prawda? – zapytał 9 Karo retorycznie i wyjrzał przez szpiczaste okno.
Mimo tej mgły Chalcedon wciąż jest pięknym miejscem – pomyślał, a potem przeniósł wzrok na Erissona i zadał kolejne pytania:
– Więc? Jest wśród nas, Cyrkowców, Zweifel czy nie?
Gdyby był, byłby Jokerem. I nie mógłby używać Siivetu, tak samo jak wszyscy członkowie Trostu oraz wilcze watahy. Tyle że ci pierwsi zostali przeklęci, drudzy odrzucili skrzydła, a Zweiflowie… Oni byli po prostu wynaturzeni. Po cichu mówiło się bowiem, że tylko najwięksi wrogowie Atlantydy – ludzie o sercach z czarnej stali lub trującego złota – nie mogą używać Siivetów, bo umierają, ledwie oddadzą im manę.
Erisson kiwnął głową. Cholera! Fortuna jednak mu sprzyjała!
– Zatem – zaczął 9 Karo, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest zadowolony – jaki Siivet pasuje Jokerowi?
Erisson pogrzebał w połach ciemnoszarej togi i wyciągnął ku graczowi kościstą, drżącą dłoń, pośrodku której leżało białe pudełeczko podobne do tych, w jakich przechowuje się pierścionki zaręczynowe albo najpiękniejsze klejnoty.
9 Karo ostrożnie otworzył puzderko, a jego mętne, zielonkawe oczy gwałtownie rozszerzyły się na widok tego, co w sobie skrywało.
Los jest okrutny – pomyślał mężczyzna i z niedowierzaniem pokręcił głową – ale ma świetne poczucie humoru.
– Jesteś pewien, Erisson? – rzucił z pozoru obojętnie 9 Karo, na co radny wyciągnął ku niemu drugą, równie drżącą dłoń, jakby chciał powiedzieć: „A teraz to, o co prosiłeś ciszej, niż szepczą myszy”.
Gracz przejął od niego drugie pudełko, tym razem zielone. W środku znalazł szmaragd. Ledwie zdążył pomyśleć, że mogło być gorzej, podniósł oczy, ale Erissona już nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu.
9 Karo niezbyt się tym przejął. Wyszedł, upewnił się, że Cyrkowiec, któremu wyszeptał rozkaz do ucha, odciął język radnemu siedzącemu pośrodku, a potem jak gdyby nigdy nic przekazał diament Jokerowi. I czekał.
Lecz gdy zapadł zmrok i wybuchło powstanie, 9 Kara ogarnął pewien niepokój. Nie opuszczał go aż do chwili, w której użył swego Siivetu. Kiedy wzniósł się w powietrze, wszystko straciło na znaczeniu.
Dostrzegł, że płynąca ulicami krew, rozlewa się na kształt przepastnego, niemal doskonałego serca. Usłyszał, jak ludzie szepczą między sobą, że Diament stał się Szkarłatem, że tyle krwi w mieście nie było od Golgoty. Zadrżał, kiedy ujrzał, jak Joker na oczach małej, skulonej w kącie dziewczynki zabija jej babcię – siekierą rozłupuje czaszkę, a potem dzieli ciało na drobne, niewiele znaczące części. A wszystko po to, żeby pokazać dziecku, jak doskonała jest purpura tkanek, jak kruchy jest odgłos niszczenia, jak słodka w smaku jest śmierć. A także po to, by na koniec z uśmiechem wręczyć małej swoje serce – kartę. Jokera.
9 Karo jeszcze długo krążył nad miastem, unikając ataków ze strony pomylonych Vögli i zastanawiając się, dlaczego Nietykalny żyje, mimo że zjednoczył swą manę z Siivetem.
Przecież miało być inaczej… – myślał słabo. – Miał umrzeć w boleściach, tak jak Klegan, gdy siekał go na kawałeczki. Miał żałować, przepraszać, grozić, żądać, płakać, błagać… A on dalej zabija!
Gdy 9 Karo znalazł się nad Hoffą, jego lot przestał być stabilny. Ciało opuściły wszystkie siły. Skóra stała się sina, potem gwałtownie zbladła, czucie zniknęło z ramion, a on z łoskotem opadł na bruk Hoffy, którą przepełniał już krzyk rozjuszonego Jokera.
Przecież miało być inaczej… – myślał słabo. – Miał umrzeć w boleściach, tak jak Klegan, gdy siekał go na kawałeczki. Miał żałować, przepraszać, grozić, żądać, płakać, błagać… A on dalej zabija!
Gdy 9 Karo znalazł się nad Hoffą, jego lot przestał być stabilny. Ciało opuściły wszystkie siły. Skóra stała się sina, potem gwałtownie zbladła, czucie zniknęło z ramion, a on z łoskotem opadł na bruk Hoffy, którą przepełniał już krzyk rozjuszonego Jokera.
Wszystko przez jedną dziewczynę. 9 Karo ją znał, to po nią tu przyszli. Dama Kier. I Dama Serca Jokera, jego narzeczona. Przyrzeczono ich sobie, gdy byli jeszcze dziećmi, lecz wkrótce potem ona po prostu zniknęła. Jedni mówili, że uciekła, lecz było to o tyle niedorzeczne, że nie miała dokąd. Drudzy zaś utrzymywali, że umarła, lecz to także było niedorzeczne, skoro widział ją jeszcze żywą, o tu, na Hoffie. Byli również i tacy, którzy twierdzili, że zaczęła grać. I najwyraźniej to oni mieli rację.
9 Karo próbował podźwignąć się z ziemi, by móc więcej dostrzec. Na próżno, w końcu w ramionach nie było już sił, a brzuch zalał ostry ból. Jęknął, nie mogąc uwierzyć, że zginął bronią, jaką początkowo chciał zabić Jokera. Kiedy zesztywniały mu nogi, zrozumiał, skąd wziął się niepokój, który cały ten czas go prześladował – nie zadał Erissonowi najważniejszego pytania.
Czy to ja jestem Zweiflem?
To już bez znaczenia – pomyślał, a świat zaczął zwalniać. Liczył, że ujrzy światłość albo swego syna, lecz nic takiego się nie stało, dlatego dodał w myślach: – Więc oni wszyscy kłamali… Pieprzeni wizjonerzy i artyści!
Widział za to, jak Dama Kier dotyka kolumny oplecionej bluszczem Wiecznego Ognia, a jej ciało powoli pokrywa się pomrukiem płomieni. Dostrzegł, jak twarz Jokera wykrzywia się w szaleńczym, doszczętnie ohydnym grymasie, gdy próbuje ją przed tym powstrzymać. Usłyszał też chrzęst kości, gdy kolana Nietykalnego zetknęły się z ziemią, kiedy zrozumiał, że już nic nie może zrobić, że zostały mu tylko wściekłość i żal.
Chciałeś ją zabić czy uratować? – szeptały okoliczności, a Dama Kier płonęła.
Kochałeś ją czy nienawidziłeś, Przegrany Zwycięzco? – dopytywały knowania, a miasto połykało ogień dziewczyny, chcąc ulżyć w jej cierpieniach.
Teraz rozumiem… – pomyślał jeszcze 9 Karo i kątem oka dostrzegł, jak jakieś dziecko w piżamie chwyta cegłę i roztrzaskuje nią półżywego gołębia-albinosa, śmiejąc się przy tym radośnie, jakby chciało w ten sposób powiedzieć, że tutaj wszyscy jesteśmy szaleni.
Upłynęła dłuższa chwila, nim Joker również zauważył chłopca. Przestał krzyczeć, jakby zainteresowanie zupełnie go obezwładniło. Wkrótce sam się radośnie roześmiał, a jego jasne oczy wypełnił zachwyt. Ruszył ku dziecku, by dać mu ostatnią kartę, jaka mu została, by przyznać mu rację, że tutaj naprawdę wszyscy jesteśmy szaleni.
9 Karo stwierdził, że to już nieważne, tak bardzo nieważne… I wówczas świat zupełnie się zatrzymał, a Szkarłat dobiegł końca. Gra trwała jednak nadal. I mogła mieć tylko jednego zwycięzcę – Asa lub Jokera.
Rozdział dedykowany Tym, którzy 71 lat temu strzelali do wroga z brylantów.
_________________
* Wiem, powinno być coś w stylu „wykukuje”. Wam też to nie brzmi, prawda? Powiedzcie, że prawda.


